(4-10 lat) Bajka jest kolejną częścią z życia rodzeństwa i ich psa. Tym razem, postarają się rozwikłać zagadkę skradzionych ze szkoły przedmiotów oraz odkryją dlaczego, w ostatniej chwili, burmistrz Kruchego Ciasteczka zmienił lokalizację corocznego festynu. Historia pełna ciekawych zagadek i  niespodziewanych zwrotów akcji.  Opowiada o niesieniu sobie wzajemnej pomocy, pracy w grupie i osiąganiu rezultatów wspólnym wysiłkiem. 

 

WPROWADZENIE

          Kiedy dwa lata temu zostali opiekunami Magicznego Dębu, nie spodziewali się, że ich życie, od tamtej pory, będzie ubrane w tak różnorodne przygody. Dorośli. Chociaż minęły dla niektórych tylko dwa lata, oni czuli się jakby minęło co najmniej pięć. Nie byli jeszcze starzy, nie byli nawet nastolatkami, ale nauczyli się odpowiedzialności i wytrwałości, którymi mogli konkurować z osobami dużo starszymi od nich. Pokazali też niejednokrotnie, że są godni zaufania, dzięki czemu rodzice nie sprawdzali ich już na każdym kroku i mogli więcej czasu poświęcać na pojawiające się wyzwania i przygody.

        Każdego dnia, chodzili wytrwale, do jedynej szkoły w Kruchym Ciasteczku. Starali się dużo czytać, gdyż zauważyli, że wiedza jaką z książek nabywają, pozwala im rozwiązywać wiele napotykanych zagadek czy radzić sobie z pojawiającymi się, w ich młodym w życiu, wyzwaniami. Fakt, szkolne lektury nie zawsze przypadały im do gustu. Starali się jednak w wolnym czasie, korzystając z zasobów lokalnej biblioteki, poszerzać swoją wiedzę z tematów jakie najbardziej ich interesują.

        Zosia, od czasu gdy po raz pierwszy spotkała Pospolitka Zwyczajnego, zaczęła interesować się biologią. Była bardzo ciekawa unikalnych gatunków zwierząt oraz ich wyjątkowych zdolności. Tymek natomiast zaczął czytać o wykopaliskach i skarbach zakopanych bardzo dawno temu. Marzył, aby w przyszłości zostać archeologiem. Banki tylko nie zmienił swoich zainteresowań. Nadal zakochany był w bieganiu, aportowaniu i gryzieniu kości. Był on najwierniejszym towarzyszem i obrońcą dla rodzeństwa, podczas ich przygód. 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

          Dzień nie należał do przyjemnych. Na niebie wisiały ciężkie, granatowe stratocumulusy, wyglądając jakby miały zaraz przygnieść drzewa, kołyszące się mocno w Iglastym Lesie. Sekwoje, eukaliptusy i świerki wyglądały niczym tyczki, podtrzymujące namiot z ciężkich, kłębiastych chmur.               Zosia, obudziła się jeszcze przed świtem z okropnym bólem głowy. Spojrzała za okno i wiedziała, że pomimo panujących warunków atmosferycznych, będzie musiała zaraz wyjść z domu, a co gorsza, wyjść z ciepłego, przytulnego łóżka. Zasnęła może na godzinę tej nocy. Cały czas myślała nad rozwiązaniem zagadki, która przybliżyłaby ich do celu. Wakacje dobiegały końca, a oni pomimo szczerych chęci i zaangażowania, nadal nie zaszli za daleko.

          Tymek, obudzony został godzinęźniej. Zwykle, o tej porze, widać już słońce na horyzoncie, jednak dzisiaj, nie dało rady przedrzeć się ono przez skupioną ścianę granatowych kropel wody zawieszonych w powietrzu. Ciemny odcień niebiańskiego granatu, zmienił się jedynie na jaśniejszy, ciemno niebieski. Chłopaka obudziła ściekająca ślina z jego lewego policzka i ciepły oddech, pachnący warzywną karmą, który wpadał do jego ucha raz za razem. Banki siedział obok jego łóżka, zachęcając swojego opiekuna do codziennego, porannego spaceru.

          Zosia położyła się wczorajszej nocy w ubraniu do łóżka. Miała plan przebrać się w piżamę jak tylko rozwiąże zagadkę, jednak czas jej minął tak szybko, że zanim się obejrzała, był już ranek. Narzuciła tylko na różową bluzkę w kwiaty swój szary, cieplutki sweter, który dobrze pasował do niebieskich dżinsów, sięgnęła z szuflady po parasolkę, włożyła ulubione, niebieskie tenisówki z białymi sznurowadłami i poszła obudzić rodziców. 

           Tymek, lubił przygotowywać sobie ubrania na kolejny dzień zanim położy się spać wieczorem. Starannie układał wszystko na czerwonym, plastikowym stołku, z metalowymi nóżkami, który stoi po prawej stronie łóżka. Ubrał się więc szybko, piżamę dokładnie poskładał w kosteczkę i położył w nogach, zaścielonego chwilę wcześniej łóżka. Też nie uśmiechało mu się wychodzić na dwór w taką pogodę, jednak proszące spojrzenie Bankiego, nie mogło zostać zignorowane. Zbiegł szybko na dół, mijając po prawej stronie pokój, gdzie słyszał Zosię i ziewających jeszcze rodziców. Założył granatowe gumiaki z rysunkiem białej parasolki po bokach i  kurtkę przeciwdeszczową. Pochwycił czarną, skórzaną smycz, wiszącą na mahoniowej szafce z butami i wyszedł z psem na spacer. 

          Kiedy wrócił, po mniej więcej trzydziestu minutach, od wejścia roznosił się zapach ciepłych tostów z powidłami i herbaty z ogrodowych malin, z przydomowego ogródka, z dodatkiem miodu. Na szczęście, nie zaczęło jeszcze padać, więc tylko zrzucił z siebie deszczowe ubrania, odczepił smycz od obroży, wieszając ją na miejsce i udali się z Bankim do dużego pokoju na śniadanie.

          Rodzice w pośpiechu zjedli kilka tostów z masłem i powidłami,  popijając wszystko czarną jak smoła kawą i udali się do pracy. Jak co roku, w okresie letnich wakacji mięli najwięcej pracy w gospodarstwie. Wiedzieli, że jak poproszą, dzieci zawsze im pomogą w obowiązkach, jednak nie chcieli zabierać im tak upragnionych wakacji, więc robili to rzadko. Na szczęście wiedzieli już, że mają bardzo odpowiedzialne pociechy, które troszczą się o siebie na wzajem jak mało kto. Z drugiej strony dzieci, zadowolone były z większej swobody i braku ciągłego kontrolowania, a i tak po pracy i zabawie, przy kolacji wszyscy opowiadali sobie jak każdemu z osobna minął dzień. Wszyscy z takiego rozwiązania byli zadowoleni.

ROZDZIAŁ DRUGI

          W Iglastym Lesie, zwierzęta miały dzisiaj na co popatrzeć. Przez okropną pogodę o poranku, tylko te najbardziej odważne wybrały się na polowanie, reszta przyglądała się ze swoich wygodnych, ciepłych jam i norek co też dzieje się nie daleko wielkiej polany, otoczonej ogromnymi starymi sekwojami. Zwykle, w miejsce to przychodzą tylko sarny,  łosie i jelenie  na coroczne rykowisko, ale teraz widać było ludzką postać, krzątającą się to tu to tam. Osoba ta trzymała w ręku miedziany, ciężki kilof o mocnej dębowej rękojeści. Uderzała nim w ziemię bardzo energicznie, zrywając pierwszą, twardą, zbitą warstwę ziemi i mchu. Następnie sięgała po nową, metalową łopatę z sosnowym trzonkiem, aby odgarnąć wierzchnią warstwę ziemi i wykopać większy dół. Kiedy dziura była już wystarczająco głęboka, kopacz włożył do niej delikatnie jakieś rzeczy, zawinięte w białe, bawełniane prześcieradło. Prowizoryczny worek wyglądał na bardzo ciężki, ale tajemniczy jegomość był bardzo dobrze zbudowany, napięte mięśnie widać było przez dopasowany granatowy kombinezon, i poradził sobie z zadaniem, nie pocąc się nawet odrobinę.

          Polana była wielkości połowy boiska piłkarskiego. Teren był płaski, pokryty piękną trawą, pachnący stokrotkami i żywicą. Dzieci miały zakaz wstępu do lasu bez nadzoru, ze względu na duże zwierzęta, które mogłyby zrobić im krzywdę, więc teren zwykle świecił pustkami i słychać było tylko śpiew ptaków oraz  wiatr poruszający okoliczne drzewa. Ktoś nawet raz spotkał na polanie wielkiego brunatnego niedźwiedzia, ale chyba tylko zgubił on drogę do swojej jaskini, bo więcej o nim nie słyszano. Tylko zwierzęta leśne i drwale przychodzili w te tereny, aby odpocząć w trakcie wyczerpującej pracy. Tak cudowne miejsce , aż kusiło, aby urządzić na nim piknik w ciepły słoneczny dzień.

          Tajemniczy człowiek w granatowym kombinezonie, skończył swoją pracę przy drzewie. Przykrył wszystko gałęziami i mchem. Rozejrzał się dokładnie czy nikt przypadkiem go nie obserwuje, a następnie udał się wydeptaną scieżką w kierunku miasteczka.

ROZDZIAŁ TRZECI

          Zosia po śniadaniu spojrzała na kalendarz wiszący na białej jak śnieg lodówce w kuchni. Zmartwiła się, ponieważ wakacje dobiegały końca, a oni wciąż nie rozwiązali zagadki. Poszła ze smutną miną do pokoju w którym jedli, posprzątała po śniadaniu, a Tymek pozmywał i wyniósł śmieci. Robili tak codziennie, od czasu, gdy ustalili z rodzicami podział domowych obowiązków. Każdy jest odpowiedzialny za coś, co robi najlepiej, a w domu dzięki temu jest porządek i wszyscy są zadowoleni.

– Zapakowałeś to, o co Cię prosiłam? – zapytała brata Zosia

– Chyba mam wszystko, czego potrzebujemy. Nie wyjmuję z plecaka nic podczas wakacji. Bez niego, wiele razy, bylibyśmy w tarapatach. Kartkę z zagadką też zapakowałem, dzisiaj na pewno znajdziemy rozwiązanie. – odpowiedział Tymek

Rodzeństwo co roku przed wakacjami przygotowywało Niezbędny Plecak, który zawsze ze sobą zabierali wychodząc z domu. Nie było bowiem nigdy wiadomo, czy danego dnia nie spotka ich jakaś super przygoda i przyda się na przykład latarka, czy kompas. Dzisiaj, mieli w planach tylko pochodzić po miasteczku w poszukiwaniu odpowiedzi, ale nigdy nic nie wiadomo.

          Po krótkim spacerze, doszli to Centralnego Placu w miasteczku i zobaczyli wielką dziurę w ziemi. Podeszli bliżej, aby dowiedzieć się co się stało. Ze środka wydobywał się silny strumień wody pod mocnym ciśnieniem. Hydraulicy pracowali w pocie czoła, aby naprawić pęknięta rurę, ale bez skutku. Na skraju otworu zebrało się dużo gapiów, którzy z zaciekawieniem obserwowali ich pracę.

– Panowie, długo potrwa naprawa? – zapytał pracowników Burmistrz

– Widzi Pan, że rury są tu bardzo stare, trudno je po raz kolejny łatać bo znów za miesiąc mogłyby pęknąć. Podejrzewam, że trzeba będzie zamówić nowe rury z Metropolii, a to zajmie kilka dni. – odpowiedział szef hydraulików

Burmistrz zmartwił się, ponieważ tydzień przed końcem wakacji całe miasteczko przygotowywało się do corocznych obchodów z okazji powstania Kruchego Ciasteczka, które dodatkowo w tym roku chcieli połączyć z ostatnim dniem wakacji letnich trzydziestego pierwszego sierpnia.

– Będzie trzeba wyznaczyć w tym roku, inne miejsce. – oznajmij zmartwiony Burmistrz

– Zosiu, Tymku dobrze Was widzieć, Wasi rodzice co roku przygotowują całą uroczystość, proszę powiedźcie im, żeby jak najszybciej do mnie dzisiaj przyszli.

– Już biegnę i zaraz wracam – krzyknął Tymek i wystrzelił jak z procy.

Nie minęło nawet pół godziny, a rodzice siedzieli już w gabinecie Burmistrza. Długo dyskutowali za zamkniętymi drzwiami, po czym tata Zosi wyszedł z wielkim plakatem w rękach i zaczął go wieszać na słupie ogłoszeniowym na środku placu. Wszyscy zebrani podeszli do ogłoszenia i jeden z mieszkańców, który stał najbliżej zaczął czytać, aby wszyscy się dowiedzieli o co chodzi.

INFORMACJA

W związku z nieoczekiwanymi okolicznościami, uniemożliwiającymi wykorzystanie Centralnego Placu na coroczne obchody, postanawia się, iż wydarzenie odbędzie się w ustalony wcześniej dzień tj. 31.08.1992. 

Lokalizacja została zmieniona z Centralnego Placu na Zieloną Polanę w Iglastym Lesie. 

Przepraszamy za utrudnienia.

W przypadku dodatkowych pytań Tata Zosi oraz Burmistrz są do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy.

Mieszkańcy rozeszli się po odczytaniu wiadomości, a rodzeństwo usiadło na ławce nieopodal, aby porozmawiać o nierozwikłanej zagadce.

ROZDZIAŁ CZWARTY.

          Zenon był mężczyzną w średnim wieku. Na oko miał czterdzieści pięć lat. Był wysportowany i zadbany. Zawsze starał się nosić czyste wyprasowane ubrania, choć często jego praca wymagała od niego dłubania w ziemi. Pracował on w miejscowej szkole jako woźny. Do jego zadań należała opieka nad budynkiem i ogrodem szkolnym oraz palenie w ogromnym węglowym piecu. Podczas przerw dbał również o bezpieczeństwo bawiących się dzieci. Był lubiany przez młodzież. Często opowiadał im na przerwach różne historie z jego dalekich i bliskich wypraw, co wzbudzało w dzieciach zachwyt i zaciekawienie. Zdarzało mu się nawet opatrzyć nabitego na przerwie guza. W okresie wakacji miał trochę mniej pracy, ale w tym roku dyrektor szkoły, dał mu bardzo ważne odpowiedzialne zadanie. Od stycznia do czerwca zginęło ze szkoły kilka przedmiotów i Zenon został poproszony o ich odnalezienie. Jeśli dodatkowo udałoby  mu się dowiedzieć kto stoi za kradzieżami, zostałby wśród dzieci prawdziwym bohaterem.

 Zen – bo tak nazywali go uczniowie – zgodził się na prośbę przełożonego, pomimo, że nie był z niego dobry detektyw. Zdecydowanie wolał zadania manualne.

ROZDZIAŁ PIĄTY

          Rodzeństwo dużo rozmawiało ze szkolnym woźnym. Bardzo go lubili. Gdy pewnego dnia pod koniec szkoły, powiedział im o swoim ważnym zadaniu na wakacje, postanowili mu w tym pomóc. Stwierdzili, że będzie to dobra zabawa i przygoda, a Zen nie protestował. Siedzieli nadal na ławce w centrum miasteczka i dyskutowali ze sobą

           – Podsumujmy braciszku wszystko czego tej pory się dowiedzieliśmy – powiedziała Zosia

– Ze szkoły zniknęło sześć przedmiotów: luneta z pokoju astronomicznego, rozpałka do pieca szkolnego z kotłowni, duże białe prześcieradła z pralni, nowa łopata i kilof Pana Zenona ze skrytki na narzędzia, wszystkie piłki z sali gimnastycznej oraz megafon Pana Dyrektora z jego gabinetu. Wszystkie rzeczy, jak dowiedzieliśmy się od Zena, dziwnym zbiegiem okoliczności, znikały dokładnie raz w miesiącu. Po każdej kradzieży, w danym miejscu, ktoś zostawiał wiadomość-zagadkę w dziwnej formie. 

– Czy znamy już treść wszystkich zagadek? – zapytał Tymek

– Zen opowiedział nam co znalazł w kotłowni i skrytce na narzędzia. Poza zagadką wspomniał jeszcze, że ktoś zrobił rysunek wielkiego drzewa – sekwoi pod którym rosło dużo mchu. Dodatkowo Pan Dyrektor przekazał mu swoją zagadkę, jednak pozostałe zostały znalezione przez inne dzieci, które nie chciały podzielić się odkryciem. Czuję, że jak nie będziemy współpracować z innymi dziećmi to nie znajdziemy rozwiązania i tego co te rzeczy ukradł. Powtórzę trzy zagadki, które już znamy. Może jakaś nowy pomysł się pojawi:

31x08x1992

N

Ten napis został znaleziony w gabinecie Dyrektora, zapisany na pierwszej stronie jego kalendarza. Wygląda na mnożenie, ale wynik, który wyszedł – 494 016 – nic mi nie mówi, macie jakieś pomysły?

Tymek również, po zastanowieniu, nie wpadł na nic co pasowałoby to wyniku tego mnożenia.

– Jeśli to jest mnożenie, to po co ktoś poniżej dopisał jeszcze duża literę ‚N’?

– Też mnie to zastanawia braciszku. Ale zostawmy to na chwilę. Druga zagadka została wypisana węglem na ścianie kotłowni szkolnej:

Gdy jest Ci zimno, ogrzeje

Gdy chcesz coś zjeść, usmaży

Gdy chcesz wody gorącej, podgrzeje

Gdy chcesz pomyśleć, dobrze się przy nim marzy.

3

– To proste – krzyknął Tymek – to przecież ogień. Tylko co oznacza cyfra ‚3’ poniżej? Trzy ognie? Trzy dni? Trzy godziny?

– Odpowiedź wydaje się prawidłowa, ale też nie rozumiem, po co ktoś napisał tą cyfrę. – powiedziała Zosia – Czas na ostatnią zagadkę jaką mamy:

Może być długa, może być krótka

Może być wesoła jak muzyki nutka

Może być z przyjacielem, siostrą czy mamą

Ale zawsze starasz się aby była czynnością udaną

Kiedy się kończy, masz smutną minę

Chciałbyś zawsze zapraszać do niej całą rodzinę.

8

– Kupka? – oznajmił Tymek z uśmiechem

– Czy jak zrobisz kupkę masz smutną minę? I lubisz zapraszać do niej rodzinę? – zwróciła uwagę Zosia. Wydaje mi się, że będzie to Zabawa. Mamy też cyferkę ‚8’ co może oznaczać osiem zabaw? albo ośmioro uczestników? Jak myślisz?

– Faktycznie siostra, masz rację, nie zastanowiłem się dobrze. Ósemka przypomina mi bałwanka, za rok mam ósme urodziny, albo w osiem minut idziemy z Centralnego Placu do domu – to wszystko jest dla mnie dobrą zabawą.

– Myślę, że tu chodzi o coś innego. Musimy namówić inne dzieci, żeby powiedziały nam o swoich zagadkach. Może jak się wszyscy spotkamy, wpadniemy na jakiś pomysł. Idę porozmawiać z bliźniakami, którzy mieszkają na brzegu Zimnej Rzeki. Słyszałam, że znaleźli coś ciekawego w pralni, o czym nikomu nie chcą powiedzieć. Ty idź proszę na wzgórze do Szymka, on najczęściej korzystał z sali gimnastycznej, może coś będzie wiedział. Spotkamy się tu za godzinę na tej ławce i pójdziemy odwiedzić Matyldę, która jest najlepsza z astronomii. Na pewno brakuje jej lunety, może będzie chciała nam pomóc.

Rozchodząc się w pośpiechu, zobaczyli tylko jak Pan Burmistrz wiesza coś na tablicy ogłoszeń:

URODZINY KRUCHEGO CIASTECZKA

FESTYN NA ZAKOŃCZENIE LATA

Burmistrz Kruchego Ciasteczka oraz organizatorzy zapraszają na coroczne obchody z okazji powstania miasta. W tym roku celebrujemy sto pięćdziesiąte drugie urodziny.

Impreza odbędzie się 31.08.1992

Planowane rozpoczęcie o godzinie 12:00

W tym roku atrakcjami będą:

1. Mecz piłkarski Rodzice kontra Nauczyciele

2. Konkurs na rozpoznawanie śladów zwierząt

3. Muzyka szkolnego zespołu „Nutka”

4 Kiełbaski smażone na wielkim ognisku

oraz

5. Opowieści Gwiezdne

Serdecznie zapraszamy

 ROZDZIAŁ SZÓSTY

          Bliźniaki mieszkały dosłownie na samym brzegu Zimnej Rzeki. Przednie cztery, grube, drewniane podpory ich domu, wbite były głęboko w muliste dno. Pozostałych osiem podpór stało już wbite na solidnym podłożu. Budynek zawieszony był na palach, ponieważ od czasu do czasu, kiedy w górach topnieje śnieg, rzeka wylewa z brzegów i zapobiega to jego podmywaniu. Podczas roztopów wygląda jakby pływał na wodzie. Na pomysł projektu wpadł tata bliźniaków, który jest bardzo cenionym w mieście architektem. Dom nie był duży. Nie mógł być, bo wtedy zwiększyłaby się jego waga i należałoby wbić w ziemię dużo więcej pali, co byłoby bardzo czasochłonne i kosztowne. Dach był pochyły tylko na zachodnią stronę. Wychodził z niego mały komin z czerwonej cegły. Po każdej stronie domu usytuowane były po dwa brązowe cedrowe okna, a dodatkowo na wejściu, znajdowały się solidne mahoniowe drzwi ze srebrną klamką w kształcie ołówka. Żeby wejść do domu, trzeba było pokonać dwadzieścia drewnianych schodków, ale Zosi zajęło to dziś małą chwilę, bo zależało jej żeby jak najszybciej spotkać się z Witkiem i Antkiem.

          Zapukała intensywnie. Po chwili, drzwi otworzyła pulchna kobieta, trochę tylko wyższa od Zosi, o szerokim uśmiechu – mama bliźniaków.

– Dzień dobry, czy zastałam chłopców?

– Przykro mi Zosieńko. Zwichnęłam wczoraj nogę, podczas pracy w polu i teraz chłopcy przez kilka dni muszą bardzo pomagać w zbiorach. Damy im odpocząć w sobotę, dzień przed festynem, jakbyś chciała się z nimi pobawić.

– Dobrze, dziękuję za informacje. Dużo zdrowia życzę. – Zosia pożegnała się ze smutkiem w oczach i szybko pobiegła w kierunku Centralnego Placu na którym miała się spotkać z bratem.

***

          Tymek z językiem na wierzchu, w końcu wgramolił się na wzgórze gdzie mieszkał Szymek. Niby taki mały pagórek, ale jego stromość powoduje, że brakuje tchu. Dom kolegi był zbudowany z drewnianych pali . Miały skośny, biały dach z małym, czerwonym, metalowym kominem wychodzącym po wschodniej stronie – wyglądał trochę jak rakieta przygotowująca się do startu. Domek miał jedną sypialnię na dole, w której spała mama Szymka, duży pokój z mała kuchenką oraz poddasze na którym spał Szymek. Mieszkali tylko we dwójkę.

           Tymek zapukał w białe drzwi trzy razy, najmocniej jak umiał. Wiedział, że mama Szymka jest już w podeszłym wieku i słuch jej się pogorszył. Nikt jednak na pukanie nie odpowiedział. Zapukał kolejny raz. Nadal cisza. Obszedł domek dookoła zaglądając przez okna, ale nikogo nie zauważył. Pewnie pracują w polu jak większość mieszkańców miasteczka – pomyślał Tymek i udał się w kierunku Centralnego Placu, aby spotkać się z siostrą.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

            Rodzeństwo dotarło do ławeczki praktycznie w tym samym czasie. Centralny plac opustoszał po porannej wrzawie. W porze obiadowej nawet niektóre sklepy są zamykane przez brak klientów. Pracę nad załataniem dziury po pęknięciu rury stanęły. Pewnie czekają na zamówione części o których mówił szef hydraulików – pomyślał Tymek.

– Dowiedziałeś się czegoś? – zapytała Zosia

– Niestety nie, nikogo nie było w domu. – odpowiedział ze smutkiem Tymek

– Ja wiem tylko tyle, że bliźniaki pomagają w gospodarstwie aż do soboty i ciężko będzie im znaleźć dla nas czas. 

– To co robimy? Potrzebujemy pozostałych części układanki, żeby znaleźć złodzieja i skradzione przedmioty.

– Mam pomysł – powiedziała wyraźnie rozpromieniona Zosia – Masz jeszcze taśmę klejącą, marker i jakieś kartki papieru?

– Powinno mi coś zostać w plecaku po ostatniej budowie samolotów. Po co Cie te rzeczy?

– Napiszemy informację dla wszystkich dzieci i rozwiesimy ją po całym miasteczku.

Jak wymyślili, tak też zrobili, po czym poszli do domu na obiad.

WZYWAMY WSZYSTKIE DZIECI

Chcesz pomóc odnaleźć szkolnego złodzieja?

Masz jakiekolwiek informacje na temat skradzionych przedmiotów?

Zapisałeś albo zapamiętałeś pozostawione przez złodzieja zagadki?

Czekamy na Ciebie w sobotę, od świtu, w naszym gospodarstwie.

Rozwikłaliśmy już dwie zagadki. Pomóżcie nam rozwiązać resztę.

Zosia, Tymek i Banki

ROZDZIAŁ ÓSMY

          Zenon pracował dzisiaj w pocie czoła. Pomimo brzydkiej, deszczowej pogody, było strasznie duszno i chyba zbierało się na porządną burzę. Miał na sobie granatowy, obcisły kombinezon, który zawsze ubierał do pracy w ogrodzie szkolnym. Dzięki niemu nie musiał się bać o skaleczenia od ostrych gałązek czy kamyków, które inaczej wbijałyby mu się w kolana, kiedy na nich pracował. Brakowało mu jego ulubionego kilofa i nowej łopaty, z których korzystał do wykopywania nowych grządek. Wiedział jednak, że za kilka dni je odzyska. Nikt jednak za niego nie przygotuje szkolnego ogródka warzywnego i nie posadzi nowych kwiatów przed rozpoczęciem roku szkolnego. 

          Dzieci uwielbiały zajęcia z Planowania Upraw i Zagospodarowania Ogrodu. Dodatkowo, szkolne obiady dla dzieci, były przygotowywane tylko z wyhodowanych w tym ogródku warzyw. „Zdrowie w najczystszej postaci” – mawiał Pan Dyrektor. Dzieci miały również zajęcia z Gotowania i Przygotowywania Posiłków, na których uczyły się o korzyściach wynikających z jedzenia zdrowych regularnych posiłków oraz sposobie ich przygotowywania. 

          Czas na obiad – pomyślał Zen – Jeszcze czeka mnie dzisiaj wyprawa do Iglastego Lasu, żeby sprawdzić, czy zwierzęta nie popsuły naszej niespodzianki.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

          Sobota, 6:30 rano. Słońce powolnie podnosiło się z nad linii horyzontu ogłaszając nowy dzień. Kogut nieśmiało podnosił swoją czerwoną jak czapka Mikołaja grzywę, przygotowując się do porannego okrzyku. Rodzeństwo zostało obudzone przez coś, co raz za razem uderzało w ich okno. Gdy podeszli bliżej i odsłonili ciężkie, niebieskie zasłony, zobaczyli, że duży, wysportowany chłopak, o włosach ściętych na irokeza, rzuca kamieniami w ich okno, a wokół niego stała nie mała grupka dzieci, którzy robili zakłady jak szybko Zosia i Tymek wstaną z łóżek. Był to Szymek, do którego kilka dni temu poszedł Tymek, ale go nie zastał. Poza tym zjawili się Bliźniacy Witek i Antek, Matylda i kilkoro sąsiadów z okolicznych domów, którzy widząc to zbiegowisko, postanowili też się przyłączyć.

          Rodzeństwo ubrało się szybko, w to co akurat mięli pod ręka, pochwycili swój Plecak Przygód i już bez śniadania, wyszli przez okno swojego pokoju na podwórko. Byli za bardzo podekscytowani, żeby jeść. Nie spodziewali się, że ich ogłoszenie przyniesie skutek. Myśleli jednak, że zjawi się więcej dzieci. Widać innym nie zależy na odnalezieniu złodzieja i wolą pospać trochę w ostatni weekend wakacji.

– Dziękuję, że się zjawiliście – zaczęła Zosia – Martwiłam się, że nikt nie przeczyta naszego wezwania. Nie musieliście jednak przychodzić, aż tak wcześnie, nie wszyscy jeszcze działają na pełnych obrotach – powiedziała z uśmiechem oglądając się na przysypiającego pod oknem,na Plecaku Przygód, Tymka.

– Nie wiedziałam, że ktoś jeszcze zainteresował się tymi zagadkami – mówi Matylda – Chcę Wam pomóc i  jak najszybciej odzyskać lunetę do sali astronomicznej, bo bez niej nie będę mogła chodzić na moje ukochane zajęcia z astronomii.

– Mama dała mi wolne w ten ostatni weekend – wtrącił się Szymek – i nie możemy tego tak zostawić. Kradzież czegokolwiek, komukolwiek jest niedopuszczalna i na pewno jak będziemy pracować wspólnie uda nam się wszystko odnaleźć i ukarać winnych.

– Trzeba sobie przecież pomagać – krzyknęły chóralnie bliźniaki, a reszta dzieciaków tylko potakująco kiwała głowami.

– Nie ma na co czekać – stwierdziła z przejęciem Zosia – Do tej pory z Tymkiem rozwikłaliśmy dwie zagadki z których otrzymaliśmy słowa: Zabawa i Ogień. Nie możemy ciągle zrozumieć co znaczy wynik mnożenia z trzeciej zagadki. Do tego mamy cyfry 3 i 8. Mówcie co wiecie.

Matylda wyszła przed zebranych i zaczęła recytować:

Swym zapachem wszystkich w święta ujmuje

Kiedy jej palców dotkniesz, ukłuje

Na jej ramionach rosną nasiona,

Jak ma na imię ta zielona, ona?

– Zagdaka była napisana na atlasie botanicznym. Dodatkowo ktoś dopisał tam liczbę pięć. Domyślam się, że będzie to choinka. Jak myślicie?

Wszyscy pokiwali znacząco głowami. Matylda zadowolona z siebie wróciła gdzie stała wcześniej i na przód wyszli Witek i Antek. Byli oni tak podobni do siebie, że własna mama z trudem ich rozpoznawała. Czasem zdarzało się, że próbowali zamieniać się na różnych sprawdzianach w szkole, ale Pani rozpoznawała ich po delikatnej różnicy w budowie uszu. Mięli osiem lat i około metra dwadzieścia wzrostu. Krótkie brązowe włosy i piwne, okrągłe, duże oczy. Dzisiaj ubrani byli w czerwone kalosze, zielone krótkie spodenki, czarne koszulki z nadrukiem zielonej czterolistnej koniczyny i na to lekkie narzutki przeciwdeszczowe. 

– Byliśmy w dniu kradzieży pomóc w pralni na zajęciach z Zaradności. Zobaczyliśmy tylko na ścianie wypisany węglem wierszyk, a brzmiał on jakoś tak:

Każdy ma je w innym czasie,

Informacje o nich są w kalendarzu, a nie w atlasie

Ale znaczy to dokładnie to samo,

I każdemu jest ich zawsze za mało.

– Myśleliśmy, że chodzi o urodziny, ale przecież my mamy urodziny w tym samym czasie, a pierwsze zdanie temu przeczy. Co myślicie?

– Macie racje z tymi urodzinami, – krzyknęła Zosia – brawo chłopaki. Przecież Wy urodziliście się pewnie kilka minut po sobie to musicie mieć urodziny w tym samym czasie. Po prostu jesteście wyjątkowi. Była tam jakaś dodatkowa litera czy cyfra?

– Tak tak, była tam cyfra jeden, ale nic poza tym – krzyknęli wspólnie (jak zresztą wszystko co robili, robili wspólnie, nawet mówili w tym samym czasie to samo)

Szymek, nie czekając na swoją kolej wszedł między bliźniaków a Zosię bo już nie mógł się doczekać, żeby zacytować swoją zagadkę. Był on najwyższy ze wszystkich dzieci. Miał dziewięć lat jak Zosia, jednak od małego rósł jak na drożdżach, do tego dużo pracował w gospodarstwie, a na zajęciach sportowych, w szkole, dużo ćwiczył, co spowodowało, że wyglądał co najmniej na jedenastolatka. Włosy zawsze miał postawione do góry, na irokeza, a ich kolor przypominal pączka z dżemem. Ubierał się zwykle tak samo, w niebieskie ogrodniczki, biała koszulkę z krótkim rękawem i czarne tenisówki za kostkę.

– To było w ostatni dzień maja. w piątek. Poszedłem do składzika na sali gimnastycznej, jak zwykle rano, przygotować sprzęt i piłki na zajęcia sportowe tego dnia. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie piłki zniknęły. Na samym środku pomieszczenia została jedynie jedna piłka lekarska z odręcznie napisanym tekstem:

Gdy się nutki spotykają

Gdy się na pięciolinii zabawiają

Mamy wtedy dźwięków moc

Przy których tańczyć możemy całą noc.

E

Wygląda mi to na słowo Muzyka, ale kompletnie nie rozumiem co oznacza litera E na końcu. Ktoś ma jakiś pomysł?

– Tymku, weż kartkę i długopis.Musimy wszystko spisać i się dobrze zastanowić – powiedziała do brata Zosia.

– Mamy więc słowa: Zabawa, Ogień, Choinka, Urodziny, Muzyka. Cyfry 3, 8, 5 i 1 oraz litery N i E. W dalszym ciągu nie wiemy też co oznacza mnożenie:

31x08x1992

Zen, nasz woźny powiedział nam też, że po kradzieży jego łopaty i kilofu ktoś narysował w szopie wielką sekwoję. Musimy dzisiaj znaleźć rozwiązanie tej zagadki bo jak się zacznie szkoła nie będzie już na to czasu. Zosia położyła kartkę na ziemi, tak żeby wszyscy dokładnie ją widzieli. Zaczęli się zastanawiać i wymieniać pomysłami – istna burza mózgów.

– Ja już widziałem dokładnie takie same cyfry jak w tym mnożeniu – powiedział niski chłopczyk z długimi włosami opadającymi na oczy, tak na oko sześcioletni, sąsiad rodzeństwa.

– Mów szybko gdzie – powiedział Tymek

– Na plakacie, który dzisiaj rano powiesił Burmistrz. Na tym, gdzie zapraszają na festyn z okazji końca lata. Tylko, że na plakacie nie było znaków mnożenia ‚x’ a zwykłe kropki.

– No jasne! To przecież jest data wielkiego festynu, a nie mnożenie. Ktoś chciał nas zmylić – wypaliła Zośka.

Matylda jak tylko to usłyszała, wskoczyła bez słowa przez okno, do pokoju rodzeństwa i po chwili wyskoczyła równie sprawnie niosąc w rękach atlas i mapę Kruchego Ciasteczka. Wyglądała jakby jakaś wróżka wpadła do jej okrągłej główki lewym uchem, podpowiedziała jej rozwiązanie i wyleciała prawym. Włosy jej się rozczochrały, oczy zaczęły błyszczeć, a uśmiech nie znikał z jej twarzy.

– Wiem co oznaczają litery i cyfry, które były w każdej zagadce. – krzyknęła uradowana Matylda kładąc mapę i atlas z hukiem na betonowym chodniku. – To są współrzędne. A dokładniej, są do współrzędne miejsca gdzie ma się odbyć jutro festyn.

– Współ…co? – zapytał Szymek wyraźnie zagubiony. Był on niezwykle wyrośnięty jak na swój wiek, ale przez to, że jako jedyny pomagał swojej mamie w gospodarstwie, musiał omijać niektóre lekcje.

– Współrzędne to takie informacje wskazujące dane miejsce na mapie. Nie było Cię ostatnio na Geografii więc to zrozumiałe, że nie wiesz o co chodzi, przyjdę do Ciebie w poniedziałek i wszystko nadrobimy. – skomentowała Matylda.

– Zatem wszystko jasne. Hurra! Bez Waszej pomocy nie rozwikłalibyśmy tej historii. Miejscem gdzie znajdziemy wszystkie przedmioty będzie jutrzejszy festyn. A może one już tam są gdzieś schowane? Kto idzie ze mną do Iglastego Lasu już teraz? – oświadczyła uradowana Zosia.

– Pamiętasz jak ostatnio wybraliśmy się w miejsce niedozwolone bez opieki i nadzoru dorosłych? Mogło nie skończyć się to dla nas różowo. Zresztą, data z zagadki wskazuje na dzień jutrzejszy więc i tak pewnie dzisiaj nic tam nie znajdziemy. – powstrzymał siostrę Tymek.

– Masz rację braciszku. Niech będzie. Spotykamy się zatem jutro, w samo południe na Polanie. Weźcie łopatki, latarki i linki. Mogą nam być potrzebne.

Cała gromada przytaknęła z uśmiechami na twarzach i rozeszli się do swoich domów.

ZAKOŃCZENIE

          Ostatni dzień wakacji nie zawiódł mieszkańców. Słońce oświetliło miasteczko pierwszymi promieniami, jeszcze zanim kogut zaczął nawoływać wszystkich do opuszczenia swoich przytulnych łóżek. Całe miasteczko było od świtu pełne pozytywnej energii i zapału do zbliżającej się zabawy. W powietrzu dało się wyczuć zapach skoszonych wczorajszego dnia traw oraz wypieków przygotowywanych na dzisiejszą uroczystość. Kurz, unoszący się zwykle znad piaszczystych dróg, nie zdążył jeszcze ograniczyć widoczność i osoby mieszkające na wzgórzach mogły gołym okiem dostrzec w oddali ośnieżone szczyty Gór Południowych. Wszystkie dzieci były tak podekscytowane, że albo nie chciały jeść śniadania, albo chciały już wychodzić z domu w piżamach albo budzili swoich rodziców trąbkami czy bębenkami specjalnie przygotowywanymi na festyn. 

          W samo południe, wszyscy zaczęli się schodzić na polanę w Iglastym Lesie. Wszystkie przygotowania, nadzorowane głównie przez woźnego Zenona, zakończyły się bez przeszkód dzień wcześniej. Obszar wyglądał zachwycająco. Na drzewach rozwieszone były kolorowe lampiony, które będą świecić jak się ściemni. Na trawie, białą farbą, zostały namalowane linie wyznaczające boisko, na którym planowany jest mecz rodziców z nauczycielami. Pod wielkimi tęczowymi parasolami ustawione były drewniane stoliki, na których mieszkańcy będą oferować na sprzedaż swoje lokalne specjały.  Do tego na drzewach zawieszone były  tarcze do strzelania z łuku oraz grania w rzutki. Na środku polany, usypany został wielki stos gałęzi i drewna, a w okół niego pełno pieńków, służących za krzesła, oraz mały podest stworzony dla lokalnego zespołu. To w tym miejscu odbędzie się główna część festynu, pieczenie kiełbasek, śpiewy i tańce.  

          Pierwsi na miejscu dotarli oczywiście: Zosia, Tymek, Banki, Matylda, Szymek i Bliźniaki. Wszyscy byli bardzo podekscytowani. Nie dość, że mięli nadzieję znaleźć dzisiaj skradzione w szkole przedmioty, to jeszcze cieszyli się, że mogą zobaczyć Iglasty Las ‚od środka’. Było to jedno z nielicznych miejsc gdzie dzieci nie miały wstępu ze względu na czyhające tu na nich zagrożenia. Dzisiaj teren imprezy był zabezpieczony i ogrodzony na potrzeby festynu, więc nikomu nie miało prawo się tu nic stać. Otoczenie polany zachwycało różnorodnością drzew, których nigdzie wcześniej nie widzieli. Z za ogrodzenia słychać było dźwięki leśnych zwierząt, jak sowy, pohukujące z zaciekawieniem na nietypowy gwar wywołany przez ludzi, czy kukułki, cierpliwie wystukujące rytm na drzewach, swoimi twardymi, czerwonymi dziobami. Otoczenie iście magiczne. Jak z bajki.

– Hej, zobaczcie tam, na końcu polany. Czy to nie sekwoja, którą narysowano w skrytce na narzędzia, po kradzieży łopaty i kilofu? – zauważył Szymek wskazując palcem na ogromne drzewo.

– Wygląda tak jak opisał ją Zen, to musi coś znaczyć – odpowiedziała Zosia. 

Bliźniacy wystrzelili jak z procy i zanim inni się obejrzeli, byli już w połowie drogi do drzewa. Reszta dzieci ruszyła prędko za nimi. Banki z całej gromady biegał najszybciej dlatego przegonił wszystkich i pierwszy dobiegł do sekwoi. Miał on też najlepszy węch z zebranych  i wyraźnie coś go pod drzewem zainteresowało.

– Banki coś wyczuł, zobaczcie – zauważył Tymek. – Bierzcie łopatki i zacznijmy kopać. Coś tu musi być.

Tymek, z racji swoich zainteresowań w szukaniu skarbów, miał dużą wprawę w kopaniu. Banki dotrzymywał mu kroku swoimi szybkimi łapkami. Po chwili z ziemi wyłonił się kawałek granatowego materiału.

– Ciągnijmy wszyscy na raz, dwa…- krzyknął Szymek, ale zanim zdążył wypowiedzieć ‚trzy’wszyscy leżeli już na plecach, śmiejąc się z siebie. Nie przewidzieli, że pójdzie im tak łatwo i stracili równowagę przy wyciąganiu. Okazało się, że banki wyczuł zapach Zenona, z którym często się bawił. Był to granatowy kombinezon Zena, który ubierał do prac w ogrodzie, a pod nim jego kilof i nowa łopata.

– Czy to oznacza, że nasz ulubiony woźny jest złodziejem? – zapytali razem Antek i Witek.

– To jeszcze nic nie oznacza – mówi Zosia – musimy najpierw z nim porozmawiać. Nie możemy kogoś oskarżać bez podstaw i dowodu, że jest winny. Patrzcie dalej, tam jeszcze coś jest.

Odkopali białe prześcieradło, które było jedną ze skradzionych rzeczy, wypełnione jakimiś przedmiotami. Było zbyt ciężkie, żeby je wyciągnąć gołymi rękami, dlatego obwiązali je z każdej możliwej strony zabranymi z domu linkami, przeciągnęli linę wokół drzewa i zaczęli ciągnąć z drugiej strony z całych sił.  Nawet Banki stanął na końcu liny, chwycił zębami sznurek i dawał z siebie wszystko, żeby pomóc dzieciom. Po kilku minutach wysiłku pakunek był już na zewnątrz. Zosia podeszła do grubego węzła, aby uwolnić przedmioty z prześcieradła. Zawartość wysypała się na równą, zieloną trawę. Były to wszystkie przedmioty które zniknęły ze szkoły: luneta z sali astronomicznej, piłki z sali gimnastycznej oraz megafon Pana Dyrektora. Brakowała tylko rozpałki do pieca, ale zamiast tego był liścik:

Drogi znalazco,

Dokonałeś wielkiego odkrycia, niezwykle ważnych rzeczy. 

Przedmioty mogą wydawać Ci się niezbyt szczególne.

Podejrzewam jednak, że odnalazłeś dzisiaj coś bardziej wartościowego.

Proszę zwróć te wszystko do Burmistrza Kruchego Ciasteczka, a dowiesz się więcej…

Dzieci popatrzyły na siebie zdumione treścią wiadomości, po czym każdy złapał za kawałek prześcieradła i zaciągnęli wszystko na podest koło ogniska, na którym zaraz miał przemawiać Burmistrz na otwarcie uroczystości.

– Proszę Pana, proszę poczekać z przemówieniem, mamy coś bardzo ważnego do powiedzenia – krzyknęła cała gromada zbliżając się do podestu.

– Słucham zatem, o co chodzi – powiedział Burmistrz

– Znaleźliśmy skradzione ze szkoły rzeczy! – krzyknęli wszyscy zgodnie – Niestety nie udało nam się znaleźć złodzieja, ale dzień jest  jeszcze długi.

– Gratuluję! Muszę wam jednak zdradzić jeden sekret kochani. Nie ma żadnego złodzieja.

– Jak to? 

– Te wszystkie kradzieże i zagadki przygotowaliśmy wspólnie z Waszym tatą, Zosiu i Tymku, oraz z Panem Zenonem. Nawet awaria rury była specjalnie przygotowana, żeby bez podejrzeń przenieść miejsce festynu tutaj, na polanę. Mieliśmy na jesień położyć nową nawierzchnię na Centralnym Placu więc było nam to na rękę. Wiedzieliśmy, że dzieci w tym miasteczku, a w szczególności Wasze rodzeństwo, będzie szukało wakacyjnych przygód, jak co roku. Chcieliśmy jednak, aby tym razem wszystko było bezpieczne i pod nadzorem. Myślałem już, że nie znajdziecie tych przedmiotów przed festynem i będę musiał przemawiać bez megafonu, a wieczorne opowieści o gwiazdach będziemy musieli przeprowadzić bez naszej lunety. Co Wam tak długo zeszło? – odpowiedział Burmistrz z uśmiechem na ustach.

Dzieci były tak zaskoczone, że na początku nie wiedziały co powiedzieć

– Noo, dwie zagadki były dość trudne – zaczęła Zosia – i nie znaliśmy wszystkich elementów układanki dopóki nie spotkaliśmy się z innymi dziećmi. Niech Pan nam też powie co oznacza ta wiadomość, która znaleźliśmy razem z tymi przedmiotami?

– Odnalezione rzeczy, to tylko przedmioty, które można zastąpić. Podczas poszukiwań dowiedzieliście się jednak ważniejszych rzeczy, których nie kupicie w żadnym sklepie. Zauważcie, że tylko dzięki współpracy z innymi znaleźliście rozwiązanie, że dzięki wytrwałości i pomysłowości wykopaliście przedmioty z ziemi, a dzięki silnej woli i uporowi w dążeniu do celu jesteście tu teraz pomimo wszelkich przeciwności. Dodatkowo, dzięki tej przygodzie, poznaliście siebie nawzajem i podejrzewam, że narodzi się tego przyjaźń na długie lata. 

Dzieci słuchały z przejęciem i uwagą. Nie zauważyli nawet, że przez ten cały czas trzymali się za ręce, żeby się wzajemnie wspierać

– Pozwólcie mi wygłosić moje coroczne przemówienie a potem zapraszam Was wszystkich na watę cukrową. Opowiem Wam też dokładnie jak to wszystko się zaczęło.

Zabawę czas zacząć – powiedział do wszystkich Burmistrz, wyjmując z prześcieradła dyrektorski megafon przez który zaczął wygłaszać coroczne przemówienie.

 

 

Zapisz na dysku i wydrukuj obrazek. Następnie weź kredki albo pisaki i go pokoloruj. Będzie mu smutno jak tego nie zrobisz 🙂

(dlatego obrazki są czarno-białe w każdej bajce)

Jeśli dodatkowo, wyślesz pokolorowany obrazek na adres info@bajkowytata.com umieszczę go na mojej fejsbukowej ścianie z Twoim imieniem 🙂