Nadzieja - bajka dla dzieci

 

Gdy Nadzieja oddalała się od lasu, łzy napłynęły jej do oczu. Nie stało się nic złego. Była przecież szczęśliwa. Nauczyła się dzisiaj bardzo dużo nowych ciekawych rzeczy. Próbowała wielu nowych smaków. Poznała kilkoro przyjaciół. Widziała nawet sławnego Robin Hooda. Coś jej jednak mówiło z tyłu głowy, jakiś chochlik czy inna wróżka, że już więcej ich nie zobaczy. Czuła, że to była najważniejsza lekcja w jej życiu. Szansa, dzięki której mogła poczuć się lepiej i nauczyć znacznie więcej w przyjemniejszy oraz bardziej skuteczny sposób. Szansa dana jej jeden jedyny, magiczny raz. Na pożegnanie usłyszała jeszcze od nowo poznanej koleżanki takie słowa:


„Dziecko dorasta tylko raz w życiu, szkoda by było ten czas zmarnować. Drugiej szansy na dorastanie nie będzie. Zaczynamy od małych kroków, żeby potem móc robić wielkie skoki. Trzeba jednak postawić ten pierwszy, mały krok mądrze”.

 

Nowa przyjaciółka nie mogła odprowadzić Nadziei tak daleko jakby chciała, ponieważ rodzice zabraniali jej oddalać się tak daleko od domu. Towarzyszył je jednak wróbelek. Od dnia, gdy się poznali, nie opuszczał jej na krok. Chciał dopilnować, żeby nauka nie poszła w las, a może wręcz przeciwnie. Pokazywał jej na każdym kroku, że nauka powinna się właśnie odbywać w lesie, a nie w małych, ciasnych pomieszczeniach bez dopływu świeżego powietrza. Nadzieja zaczynała powoli rozumieć, że jej codzienne życie i przedszkole wcale nie musi być takie jak teraz.

 

Trzy dni wcześniej.

Nadzieja mieszkała z rodzicami i dwójką braci w małym, trzypokojowym domku, z czerwonej cegły na obrzeżach Warszawy. Budziła się codziennie rano, około siódmej na dźwięk białego budzika w srebrne gwiazdki. Nawet w okresie jesienno-zimowym, gdy trudno było o piękne słońce o poranku. W tym roku jesień w Warszawie nikogo nie rozpieszczała. Najczęściej o świcie można była wypatrzeć przez okno wielkie krople deszczu tańczące z wiatrem tango, zamiast przyjemnych promieni budzącego się słońca.


Dziewczynka z trudem ubierała się w czerwono-czarny mundurek szkolny, który mamusia dzień wcześniej, wieczorem ładnie prasowała i kładła na jej różowym krzesełku, obok drewnianego łózka. Mamusia robiła tak nie tylko dlatego, że bardzo kochała swoją córeczkę, ale również po to, aby przyspieszyć codzienne, poranne, żmudne wyjścia do przedszkola.

Tata nie mógł pomóc w porannych przygotowaniach, ponieważ często wychodził do pracy, zanim wszyscy domownicy się obudzili. Mama Nadziei musiała szukać sposobów, aby co rano zdążyć. Córka nie ułatwiała jej tego, ponieważ po pierwsze – była strasznym śpiochem. Zwłaszcza w tym okresie roku gdzie pobudzających promieni słonecznych było jak na lekarstwo. Po drugie – Nadzieja nigdy nie miała energii z rana, często nawet i przez cały dzień. Spała codziennie po osiem czy nawet dziesięć godzin. Nie budziła się w nocy. Mimo to wykonanie tych wszystkich czynności, o które mama ją prosiła z rana, wymagało nadludzkiej jak dla niej sprawności. 

Porannych zadań każdego dnia, od roku, gdy zaczęła przedszkole, było naprawdę sporo. Trzeba było wyjść spod ciepłej, przyjemnej, otulającej kołdry, otworzyć szeroko posklejane oczka i stanąć prosto na dwóch nogach, uważając przy tym, aby nie stracić równowagi. To była dla Nadziei najtrudniejsza część. Następnie należało zjeść śniadanie, przy którym dziewczynka często przysypiała albo złościła się na mamę, że zrobiła jej tosta nie z tym, co chciała, albo dała kubeczek z herbatą w złym kolorze.

Gdy dziewczynce udało się przekonać zaspane zęby do przemielenia śniadania, szła na górę do łazienki, aby je dokładnie umyć. Tę część dnia nawet lubiła. Mama kupiła jej super szczoteczkę z jednorożcami i światełkami, które mrugały, jak się dokładnie myło zęby. Poza tym dziewczynka dobrze wiedziała, że woda zmywa z jej rąk i buzi wszystkie złe bakterie, a do tego orzeźwia i stawia na nogi. Po takiej wodnej zabawie, w Nadziei budził się z wolna mały promyczek energii. Energii, która musiała starczyć jej na długi, intensywny dzień w przedszkolu. Energii, której często jej na co dzień brakowało.

Nadzieja zawsze podziwiała swoją mamę o poranku. Myślała, że ona to chyba musi stosować jakieś czary czy mieć pomoc krasnoludków. Nie dość, że zaspaną córkę umiała przygotować do przedszkola na czas, to jeszcze jej dwóch starszych braci do szkoły i siebie samą do pracy, którą zaczynała zaraz po tym, gdy wszystkie dzieci przejęli nauczyciele.

W tym roku spóźniliśmy się do przedszkola tylko jeden jedyny raz, ale to tylko dlatego, że były po drodze nieplanowane roboty drogowe, a dodatkowo popsuł się nam samochód.


W tygodniu, dni dziewczynki nie różniły się zbytnio od siebie. Najpierw ciężka pobudka, śniadanie i wyjście do przedszkola. Potem powrót, szybki obiad z mikrofalówki, chwila rozmowy z mamą, czasem jakaś gra słowna, a potem każdy szedł do swoich zajęć. Mama najczęściej coś sprzątała, czasem przygotowywała domowy obiad na drugi dzień, robiła pranie albo oglądała telewizję. Starsi bracia dziewczynki zamykali się w swoim pokoju. Mieli już swój świat i zainteresowania. Najczęściej były to playstation albo xbox albo oba naraz. Michał miał już siedem lat a Adam dziewięć. Nie chcieli bawić się z dziewczyną, mimo że była to ich siostra. Nadzieja wiedziała jednak, że jeśli będzie czegoś potrzebować, to zawsze może na swoich braci liczyć.

Dziewczynka popołudniami często się nudziła. Kręciła się wtedy wokół mamy, próbując jej pomóc w domowych obowiązkach. Czasem coś jej nie wyszło, czasem coś rozlała, zrzuciła czy wysypała, ale naprawdę lubiła pomagać. To nie była jej wina, że miała dopiero pięć lat i jeszcze nie umiała wszystkiego. Od kogo miała się nauczyć pewnych rzeczy jak nie od najbliższych jej osób, od rodziców?!

W takich sytuacjach mama niestety bardzo się denerwowała. Żeby szybciej i spokojniej wykonać niezbędne prace domowe dawała Nadziei tablet albo włączała bajki w telewizji. Dla dziewczynki to było normalne. Nie znała innego życia. Myślała, że tak to już musi zawsze wyglądać. Podejrzewała, że inne dzieci z przedszkola tak samo spędzały popołudnia. Zastanawiała się czasem, jakby to było tam, za oknem się pobawić, wyjść na dwór po przedszkolu, ale nigdy nie było na to czasu w tygodniu albo pogody, albo ochoty jej rodziców.

Za to w każdy weekend szli na spacer. Ich ulubionym miejscem była największa w mieście galeria handlowa. Uwielbiałam te spacery. Nadzieja widziała kiedyś ludzi, którzy spacerowali po lasach czy parkach, ale nie widziała w tym żadnej atrakcji. W galerii handlowej dostawała zawsze lizaka, czy przepysznego pączka z ciastkarni na wejściu do budynku. To zawsze dawało jej mamie chwilę spokoju, gdy przymieszała w sklepach nowe ubrania czy spotykała się na kawę z koleżankami.

Niektóre dzieci bawiły się w tym samym czasie w błocie albo wchodziły na drzewa, ale gdy Nadzieja o tym myślała, to zamiast przyjemności wyobraziła sobie tylko złą minę mamy robiącej pranie z błotem, albo siedzącej z nią na izbie przyjęć. Takie myśli jednak znikały równie szybko, jak tylko dostawała kolejnego pączka z lukrem.

W kolejnym tygodniu Nadzieja przechodziła z mamą jak zwykle obok parku, przed galerią handlową, w drodze z przedszkola. Spojrzała na te wszystkie listki, konary, gałązki, pełzające żyjątka i ptaszki, ale bez większej radości. Jej rodzice również nie spędzali wiele czasu na świeżym powietrzu, więc nie widziała w przyrodzie nic ciekawego. Od tego tygodnia miała jednak wrażenie, że jeden z ptaszków puszczał do niej oczko. – Na pewno tylko mi się zdawało – pomyślała. Po prostu jestem przemęczona po całym tygodniu zajęć. Jutro na szczęście sobota to sobie pośpię dłużej i odpocznę.

W piątek po przedszkolu, Nadzieja opowiedziała mamie o swoim dniu w przedszkolu w ten sposób:

– To był najgorszy dzień w moim życiu. W przedszkolu wypuścili nas na dwór, ale padał deszcz. Cały dzień taplaliśmy się w błocie i kałużach. Uczyliśmy się, jak radzić sobie z różnymi warunkami pogodowymi. Co zrobić, gdy przemoczymy się do suchej nitki oraz jak zabezpieczyć się przed wiatrem. Było mi zimno i mokro, a moje skarpetki wyciskałam potem jak gąbkę. Do tego Panie włączały dzisiaj piosenki tak głośno, że aż rozbolała mnie głowa. Do tego, jak wracaliśmy do domu, chciałam wejść do naszej ulubionej galerii handlowej po te pyszne pączki z lukrem, trochę odpocząć, ale Ty się nie zgodziłaś.

– Jutro pójdziemy, ok? Obiecuję.

– Ale mamo! Miałam dzisiaj bardzo ciężki dzień, źle się czuję, potrzebuję tych pączków i cukierków, żeby poczuć się lepiej. Jeśli nie spełnisz mojej prośby dzisiaj, to nie wrócę już do przedszkola w poniedziałek.

– Żarty sobie robisz? – powiedziała mama. – jeden zły dzień a ty już chcesz zmieniać przedszkole? Wyobraź sobie, co by było, gdybym ja chciała zmieniać prace za każdym razem, gdy mam zły dzień. Połóż się dzisiaj wcześniej spać, a jutro zmienisz zdanie.

 

Gdy zabrzmiał dzwoneczek srebrnej mikrofalówki, mama nałożyła na talerz dziewczynki kurczaka z ryżem i „plastikowym” groszkiem z puszki, a sobie samego kurczaka z „tekturową” marchewką. Bracia po jedzeniu chwycili tylko kontrolery do gry z salonu i zamknęli się w swoich pokojach, jak zwykle. Mama usiadła z tatą na kanapie przed telewizorem, bo zaczynał się właśnie program Mam talent, a Nadzieja? Nadziej dostała do ręki Pepę śpiewającą z tabletu. Patrzyła kątem oka na zbliżającą się noc za oknem. Na przygasające światło słoneczne i wszystkie żyjątka na zewnątrz chowające się do swych norek na wieczorny odpoczynek. Zanim się obejrzała, obudziła się następnego ranka, w piżamie, we własnym łóżku. Znów bez energii.

Przy śniadaniu, składającym się z jej lubionego tosta, posmarowanego dżemem truskawkowym, tata powiedział jej, że zasnęła wczoraj, oglądając bajki. Razem z mamą przenieśli ją do łóżka i podobno nawet nie mrugnęła okiem podczas tej operacji. Przy jedzeniu drugiego tosta, Nadzieja zwróciła się do mamy:


– Mamusiu, o której pojedziemy dzisiaj dogalerii  na obiecane pączki z lukrem?
– Kochanie, ale dzisiaj musimy zrobić pranie, odwiedzić fryzjera, zawieźć twoich braci na mecz i jeszcze pojechać z tatą po nowe meble dla babci. Jutro pójdziemy ok?
Po tych słowach Nadzieja wydała z siebie taki pisk, jakby zaraz miał on skruszyć czerwone cegły ich domu.
– Przecież obiecałaś!

Następnie rzuciła tostem o ziemię, rozpłakała się i pobiegła szybko na górę. Tam trzasnęła drzwiami tak mocno, że w salonie zatrząsały się wszystkie ramki ze zdjęciami wiszące na ścianach. Rzuciła się na łóżko i zaniosła płaczem.

Po kilku minutach Nadzieja usłyszała, jak coś delikatnie stukało w jej okno. Uspokoiła się. Wstała. Otarła oczy rękawem z myszką Mini i podeszła bliżej. Za szkłem unosił się jakby w bezruchu, mały ptaszek. Nie wiedziała jak się nazywa, bo nie spędzała za dużo czasu w otoczeniu zwierząt. W ogóle mało czasu spędzała poza domem. Nie licząc przedszkola i spacerów do galerii handlowych. Ptaszek machał intensywnie skrzydełkami, ale wyglądał, jakby pozował do zdjęcia i…się do niej uśmiechał. Miała wrażenie, że już gdzieś widziała ten dziubek. Nie mogła sobie jednak przypomnieć gdzie. Pamięci to Nadzieja nie miała zbyt dobrej. Lotnik stukał co jakiś czas dzióbkiem w szybę. 

Dziewczynka otworzyła więc szybko okno, a ptaszek wleciał energicznie, usiadł na jej lewym ramieniu i zaczął ćwierkać tak:


– Część. Jestem Gideon. Pójdziemy na spacer?
– Ale jak to. Od kiedy ptaki umieją mówić? – Wydukała Nadzieja drżącym głosem i ze strachu szybko machnęła prawą ręką w jego kierunku.

Na szczęście ptaszek zareagował w porę. Miał świetny refleks. Uniósł się szybko, zanim dosięgnęła go ręka dziewczynki i opadł delikatnie na jej białe łóżko z Ikei.

– Spokojnie. Wszystkie zwierzęta umieją mówić, tylko nie każdy człowiek potrafi nas zrozumieć. Dla Was to często tylko muczenie, miauczenie czy piękny śpiew, ale tak naprawdę to my zwierzęta, próbujemy z wami rozmawiać. Nie uczą Was o tym w przedszkolu? Czy Ty w ogóle wychodzisz czasem na spacer do lasu, czy parku?
– Aha — tylko tak dała radę odpowiedzieć dziewczynka, wypuszczając szybko powietrze z płuc.
– Obserwowałem Cię od kilku dni, jak wracałaś z mamą z przedszkola. Podobno bardzo ciągnie Cię do pączków i galerii handlowych. Las omijasz szerokim łukiem i ciągle jesteś przemęczona. Czy to prawda?
– Tak. Masz rację. Tylko nikt nie chce mnie zrozumieć. Nikt nie widzi, że pączki i zakupy mogą mieć na mnie bardzo dobry wpływ. Mama uwielbia chodzić na spacery do galerii, ale akurat teraz nie dotrzymała obietnicy.
– Doskonale Cię rozumiem. To przykre, jeśli ktoś nie dotrzymuje danego słowa. To może dzisiaj, jak wszyscy i tak są zajęci, wybierzemy się gdzieś razem?
– Bardzo chętnie. Mama i tak nie ma dzisiaj dla mnie czasu. Poza tym nie dotrzymała obietnicy. Tylko musisz mi obiecać, że kupimy przy okazji te pyszne pączki z lukrem. Inaczej nigdzie nie idę. – Nadzieja tupnęła mocno nogą w podłogę, mówiąc to, aby wzmocnić swoje pragnienie dotyczące cukrowego kółka z dziurką.

Guideon ćwierkną głośno – Obiecuję! Po czym Nadzieja włożyła fiołkowe adidasy i wyszła przez okno, a potem dalej w dół trzymając się czarnej, mocnej, metalowej rynny. O mały włos spadłaby na trawnik. Nie miała wprawy w takich wspinaczkach. Najtrudniejszą akrobacją było dla niej zwykle sięgnięcie po tablet, leżący na drugim końcu kanapy, nie zrzucając przy tym czipsów z kolan.

 

Po piętnastu minutach podążania za Gideonem, Nadzieja z lekką zadyszką była już w gęstym lesie. Było tam zupełnie inaczej niż w domu. Drzewa od wiatru pochylały się intensywnie na wszystkie strony. Sowy huczały głośno, jakby były dzwonkiem do drzwi informującym o przybyciu gości. Młode wiewiórki skakały strachliwie przed dziewczynką niczym dziecko uciekające przed zbliżającą się od mamy karą. Dziewczynka była przerażona tymi nowymi dźwiękami. Nie czuła się w otoczeniu drzew zbyt pewnie.

 

Nadzieja zmęczona spacerem i podążaniem za ptaszkiem, usiadła na chwilę pod wielkim, starym dębem. To znaczy, chciała usiąść, bo zanim jej pupa dotknęła miękkiego, wilgotnego mchu ziemia rozstąpiła się i wpadła do dziury. Nie upadla jednak na dno, tylko delikatnie ześlizgiwała się w głąb ziemi, mijając obok siebie szeregi długich korzeni i dżdżownic. Widok był dla niej dość niesmaczny, ale wstrzymała oddech i zacisnęła zęby w nadziei, że to wszystko niedługo się skończy, jak zły sen.

 

Nie wiadomo, jak długo to trwało, ale po chwili wyskoczyła z tunelu niczym z dużej zakrzywionej zjeżdżalni wodnej i znów znalazła się na powierzchni. Las już jednak nie wyglądał tak jak wcześniej. Był gęstszy, jakby bardziej zielony, bardziej dziki, bardziej straszny. Gideon również wyleciał po chwili z tego tajemniczego tunelu i bez najmniejszego ćwierknięcia, skierował Nadzieję w głąb otaczającej ich przyrody. Zmierzali w kierunku, z którego udało się dosłyszeć taką oto piosenkę:

This is a beautiful song / To jest piękna piosenka
About a magical forest tongue / O magicznym, leśnym języku
Everybody please sing with me / Wszyscy śpiewajcie razem ze mną
Lets pretend to be and buzz like a yellow bee / Bzyczymy, niczym pszczoły

Lets hiss like a agile snake / Syczmy, niczym wąż
Who mouse for lunch like to take / Który poluję na smakowitą myszkę
Lets twitter like a fast sparrow / Świergotajmy, niczym wróbel
Who can fly into a space which is really narrow / Który wlatuje w bardzo wąską szczelinę
Lets like a dangerous wolf howl / Wyjmy, niczym groźny wilk
And be like a wise owl / I huczmy, niczym mądra sowa. 

This is a beautiful song / To jest piękna piosenka
About a magical forest tongue / O magicznym, leśnym języku
Everybody please sing with me / Wszyscy śpiewajcie razem ze mną
Lets pretend to be and buzz like a yellow bee / Bzyczymy, niczym pszczoły

Lets learn from our mother nature / Uczmy się od Matki Natury
Who give animals and trees life / Która daje życie zwierzętom i roślinom
Lets learn outdoors why she’s changing temperature / Uczmy się na dworze, aby dowiedzieć się czemu zmienia się temperatura
Which makes our plants thrive / Która wpływa na rozwój roślin.

This is a beautiful song / To jest piękna piosenka
About a magical forest tongue / O magicznym, leśnym języku
Everybody please sing with me / Wszyscy śpiewajcie razem ze mną
Lets pretend to be and buzz like a yellow bee / Bzyczymy, niczym pszczoły

Because there is no better place to be / Bo nie ma lepszego miejsca do spędzania czasu
Then resting in the shade of a beautifull, strong tree / Niż odpoczywanie w cieniu pieknego, silnego drzewa
Because there is no better thing to do, / Bo nie ma lepszej rzeczy do zrobienia
Then learn under the sun with your friends crew. / Niż nauka z przyjaciółmi w promieniach słońca

This is a beautiful song / To jest piękna piosenka
About a magical forest tongue / O magicznym, leśnym języku
Which we always sing at the beginning of our forest school / Którą śpiewamy na początku naszego leśnego przedszkola
Because learning outdoors is more funeffective and cool. / Ponieważ nauka na świeżym powietrzu daje świetne efekty, zabawę i przyjemność. 

 

Gdy Nadzieja Gideonem dotarli do ogromnej polany, ptaszek wystrzelił w kierunku najwyższego drzewa niczym guma od majtek. Dziewczynka zobaczyła wtedy coś, czego nigdy nie zobaczycie w centrum miasta. Coś, co czasami opisują tylko autorzy bajek dla dzieci.

Wokół całej polany paliły się wielkie pochodnie. Na najwyższych drzewach znajdowały się drewniane domy, a między nimi rozciągały się mostki z lian i grubych gałęzi. Między drzewami widać było szczęśliwych, uśmiechniętych ludzi na koniach, strzelających z łuku, rozpalających ognisko lub skrobiących leśne grzyby.

Nadzieja nigdy nie widziała tylu różnych grzybów. Zwykle jadła w domu tylko takie białe, czyste, pakowane w plastikowe pudełka, leżące na półkach w markecie.

Na samym brzegu gęstego lasu znajdowała się grupka dzieci, śpiewających wcześniej wspomnianą piosenkę. Dzieci były w różnym wieku. Dziewczynka pomyślała, jak to możliwe, że tak duża grupa dzieci spędzała czas w strasznym, gęstym lesie bez rodziców?! Do tego siedząc na gołej, zimnej ziemi. Przecież tak można było złapać katar.

Dziewczynka wypatrzyła na samym końcu grupy złotowłosą dziewczynkę, która wzrostem była mniej więcej taka jak ona. Podeszła do niej powoli.

Gdy już miała się odezwać, dziewczynka zrobiła coś, czego się Nadzieja nie spodziewała. Odwróciła się nagle, jakby wyczuła jej obecność, wyciągnęła rękę i powiedziała:


– Witaj Nadziejo. Długo kazałaś na siebie czekać. Jestem Dagmara. Miło mi Cię poznać. Usiądź obok mnie, proszę.

 

Nadzieja nie wiedziała co odpowiedzieć. Była zaskoczona. Zastanawiała się skąd ta dziewczynka o blond włosach, zna jej imię.

 

Usiadła obok niej niepewnie i cierpliwie poczekała na koniec zajęć, po czym zapytała:

– O co tu chodzi? Gdzie ja jestem? Kim Wy jesteście i dlaczego Wasze zajęcia odbywają się w lesie, a nie w normalnej klasie, jak u mnie w przedszkolu?
– Wróbelek nam o Tobie opowiedział. Jest on przewodnikiem zagubionych dzieci. Lata po świecie i przenosi się nawet w czasie, aby odnajdywać dzieci takie jak Ty.
– Takie jak ja? – zapytała Nadzieja mocno zdziwiona.
– Tak — odpowiedziała pewnie złotowłosa — takie jak Ty. To znaczy zagubione, ale tak emocjonalnie. Takie dzieci, które nie mają humoru, które ciągle są przemęczone, takie, które chcą tylko spacerować po sklepach i zajadać lukrowe pączki. Wróbelek obserwował Cię od jakiegoś czasu i postanowił w końcu przenieść Cię do nas, żebyś poznała, jak inaczej można się uczyć i spędzać czas.
– Przenieść? Czyli moje brudne od błota ubrania, o które na pewno mama zrobi mi awanturę, ta zjeżdżalnia i dziura ziemi do jego sprawka?
– Tak koleżanko. Gideon zaprowadził Cię to tunelu, którym można podróżować w czasie i przestrzeni. Jesteś w Anglii, ale tysiąc lat wcześniej, a dokładniej to znajdujemy się w lesie Sherwood.
– Byłam kiedyś w Sherwood z mamą na wycieczce. To dlatego jeden Pan na koniu wydał mi się podobny do Robin Hooda? Już wiem, o co tu chodzi. Wy tylko tak się przebieracie i udajecie, że żyjecie w tamtych czasach tak? – Nadzieja zapytała mocno zaciekawiona.
– Nikt się nie przebiera. Ty naprawdę jesteś w innym czasie i ten Pan na koniu, tam w oddali to prawdziwy Robin Hood. To zresztą mój wujek. Mogę Cię, potem przedstawić jak chcesz. Tak w ogóle to super, że historia o nim przetrwała prawie tysiąc lat nieprawdaż?
– Cooo! Cofnęłam się w czasie i przeniosłam do Anglii? Ale czad. Jak wrócę do przedszkola, to koleżanki mi nigdy nie uwierzą. – dziewczynka była tak podekscytowana, że aż wyskoczyła w powietrze, mówiąc to. Wywołało to taki hałas, że okoliczni ludzie pracujący najbliżej aż przerwali pracę i zwrócili na nią wzrok.
– Taki jest nasz cel — mówiła nadal spokojnie Dagmara. – masz zobaczyć tu korzyści, jakie przynosi nauka na zewnątrz, na polance, wśród drzew i zwierząt. Może nikt Ci nie uwierzy, że przeniosłaś się w czasie, ale chcemy, abyś wróciła do domu i opowiadała wszystkim, uczyła inne dzieci i rodziców, że ludzie muszą wyjść z domów i przedszkoli na zewnątrz. Muszą znów, tak jak wiele pokoleń temu spędzać czas na dworze, uczyć się, tak i pracować. Dzięki częstemu spędzaniu czasu na świeżym powietrzu nie tylko będziesz zdrowsza. Będziesz też lepiej przyswajać wiedzę i zyskasz więcej energii na zabawę.

Ja sama nie byłam jeszcze w Waszym świecie. Moja mama nigdy nie puściłaby mnie z Gideonem tak daleko. Ćwierkał mi on jednak, że straszne rzeczy się stały na świecie w przyszłości. Rodzice nie mają czasu dla swojego potomstwa. Dzieci prawie nie wychodzą już na świeże powietrze. Nauka odbywa się głównie w ciasnych pomieszczeniach z kiepskim dopływem świeżego powietrza. Podobno są one bardzo kolorowe i mają dużo tak zwanych zabawek, ale to nigdy nie będzie to samo co kontakt z przyrodą. Przeraziłam się, jak to usłyszałam. Ja bym tak nie wytrzymała. Nie miałabym czym oddychać.

 

Nadzieja rozmawiała z Dagmarą bardzo długo. Nauczyła się rozpoznawać trujące grzyby, rodzaje ziół, poznałam wiele ciekawych zapachów i nawet sam Robin Hood pokazał jej jak odnaleźć drogę w lesie, gdy się ktoś zgubi, patrząc tylko na rodzaje drzew po drodze. Zapamiętała tyle informacji w leśnym przedszkolu przez jeden dzień, ile zwykle udawało jej się zapamiętać przez tydzień w obecnym przedszkolu. Nawet od tego świeżego powietrza zmęczenie jej przeszło i jakaś taka spokojniejsza się zrobiła. Nie mogła uwierzyć, że przebywanie w otoczeniu drzew i zwierząt może tak bardzo poprawić jej samopoczucie.


Gdy słonce chowało się już za ostatnią linią drzew Gideon przyleciał ponownie i zapytał:

– Dagmaro, czy Nadzieja jest już gotowa do drogi powrotnej?

 

Obie dziewczynki pokiwały głowami w górę i w dół uśmiechając się. Nie mogły się odezwać, bo gryzły właśnie ostatni kawałek słodkiej, zdrowej, świeżo wyrwanej z ziemi, pomarańczowej niczym zachodzące słońce marchewki.
Nadzieja uściskała mocno Dagmarę i podążyła za ptaszkiem.

 

Gdy dziewczynka oddalała się od lasu, łzy napłynęły jej do oczu. Nie stało się nic złego. Była przecież szczęśliwa. Nauczyła się dzisiaj bardzo dużo nowych, ciekawych rzeczy. Próbowała wielu nie znanych wcześniejsmaków. Poznała kilkoro przyjaciół. Widziała nawet sławnego Robin Hooda. Coś jej jednak mówiło z tyłu głowy, jakiś chochlik czy inna wróżka, że już więcej ich nie zobaczy. Czuła, że to była najważniejsza lekcja w jej życiu. Szansa, dzięki której mogła poczuć się lepiej i nauczyć znacznie więcej w przyjemniejszy oraz bardziej skuteczny sposób. Szansa dana jej jeden jedyny, magiczny raz.

 

Gdy przeszli przez tunel, był już poranek następnego dnia. Nadzieja zmierzała do domu, gdy nagle do jej uszu doleciał znajomy głos.

– NADZIEJA! Gdzie jesteś? NADZIEJA!
– Siostrzyczko, halo, słyszysz mnie! Gdzie jesteś biedroneczko?

 

To byli jej starsi bracia. Gdy ich zobaczyła, od razu do nich podbiegła i przytuliła mocno.

– Gdzie Ty się podziewałaś? – zapytali bardzo zmartwieni. – Szukamy Cię od wczoraj. Co Ci strzeliło do głowy, żeby uciekać z domu. Nie rób tego więcej.

 

Po chwili dobiegła do nich zdenerwowana mama. Już bez zbędnych kazań przytuliła całą trójkę bardzo mocno i rozpłakała się.

– Córeczko! Tak się o Ciebie martwiłam! Dobrze, że jesteś. Jeśli naprawdę tak bardzo zależy Ci na tych pączkach i wycieczce do galerii handlowej to zaraz tam pojedziemy, dobrze? Tylko błagam Cię, nie uciekaj tak już nigdy więcej!

– Mamuś to nie chodziło o naszą sprzeczkę w piątek ani o to, że nie poszłyśmy do galerii handlowej w sobotę. To wszystko przez tego wróbelka Gideona.
– Kogo? – zapytali wszyscy w trójkę?
– Nie uwierzycie, jak wam powiem. Chodźmy do domu, bo jest mi już strasznie zimno. Tak się spieszyłam w sobotę, żeby wyjść z domu, że nawet nie zabrałam kurtki, a mamy przecież listopad.

 

Rozmowy w kręgu rodzinnym trwały do późnych godzin wieczornych. Nikt nie chciał uwierzyć w część o podróży w czasie do Anglii, ale wszyscy przyznali Nadziei rację, że ludzie powinni więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu i to najlepiej wspólnie. Dziewczynka zauważyła, że o wiele lepiej czuję się, gdy spędza więcej czasu na dworze, zamiast wpatrywać się ciągle w ekran telewizora czy tabletu. Dostrzegła też, że uczyć się można na wiele różnych sposobów, w lesie, w parku, nad rzeką, a nie tylko w ciasnych, kolorowych salkach bez dostępu do świeżego powietrza. Dzięki tej jednej przygodzie dowiedziałą się ile przyroda ma nam do zaoferowania i ile możemy jako dzieci się od niej nauczyć.

 

Dzisiaj Nadzieja idzie jeszcze to starego przedszkola, ale cały następny tydzień będzie szukać z mamą nowego miejsca do nauki i zabawy. Warunek jest jeden. Miejsce musi oferować leśną naukę, a do tego pozwalać dzieciom spędzać dużo czasu na świeżym powietrzu, gdzie będzie można uczyć się gotować, hodować warzywa i owoce, wspinać się na drzewa, budować szałąsy, używać różnych narzędzi i wzmacniając przy tym miłość i rozumienie dla Matki Natury.

 

Poszukiwanie nowego miejsca nauki nie pozwoliło Nadziei zapomnieć o obietnicy danej Dagmarze. Obiecała, że będzie przekazywać innym dzieciom i ich rodzicom informacje, jakie korzyści płyną z nauki na świeżym powietrzu i w leśnej szkole. Nadal pozostała w kontakcie z Gideonem i w każda pierwszą sobotę miesiąca, wybierała się ukradkiem to tunelu czasu.

 

Za każdym razem przenosił on ich gdzie indziej, gdzie sam uznał za najlepsze. Nigdy dwa razy w ten sam czas i miejsce. Za każdym razem Nadzieja marzyła jednak, aby najpierw była to tylko Polska. Podobno jest w tym kraju jeszcze wiele miejsc, gdzie ludzie nie wiedzą nawet, co to jest leśna szkoła i jakie korzyści ona przynosi.

 


***

Kilka lat później gdy Nadzieja pozbyła się ostatnich liści, resztek mchu i śniegu z ubrania, zauważyła, że coś tu jest nie tak. Okolica nie wyglądała tak jak Polska. Wróbelek ćwierkał, że klimat jest tu zupełnie inny. Pogoda bardziej surowa. Wiał bardzo silny wiatr. Ptaszek podejrzewał, że tym razem przeniosło ich do Szwecji albo Szkocji. Trudno powiedzieć. – Musimy dokładniej sprawdzić okolice — zaćwierkał. Może to po prostu tylko Suwałki?!. Na pewno jest jakiś powód, dlaczego tunel nas tu przeniósł – skomentowała dziewczynka. – Tu na pewno też jeszcze nie wszyscy wiedzą o leśnych przedszkolach i szkołach. Ruszajmy. Musimy wrócić, zanim moi bracia i rodzice się obudzą.