(0-7 lat) Kto z nas, jako dziecko, nie chciał przenieść się do krainy, w której drzewa zrobione są cukierków, trawa jest jak żelki owocowe a w rzekach płynie pyszna czekolada. Jeśli nadal macie takie marzenie, możecie się tam przenieść z dzieckiem już teraz. Bajka przygodowa dla dzieci o latających naleśnikach, kandyzowanych czereśniach, Królowej Wanilii i marzeniach.

 

 

Gabryś jak co rano,  spokojnie i dokładnie mył w łazience zęby. Lubił liczyć przy tym śnieżnobiałe kafelki na ścianach. Nigdy nie mógł jednak skończyć ponieważ rodzice ciągle go rano poganiali. Jakby się gdzieś paliło czy coś. Tym samym codziennie musiał zaczynać od początku. Po porannej toalecie szedł zwykle do sypialni rodziców gdzie już czekały na niego świeżo wyprasowane ubrania do szkoły. Musiał nosić mundurek. W jego podstawówce obowiązywała czerwień i czerń. Od pasa w górę musiał ubierać swetry i bluzki czerwone, a spodnie dokładnie w kant wyprasowane trzeba było zakładać czarne. – To takie nudne – mówił co rano do siebie – czemu choć raz nie mogę ubrać się jak ja chcę! Był już prawie gotowy kiedy mama wpadła do sypialni zdyszana.

– Ty jeszcze nie gotowy? – krzyczała – za dwie minuty wychodzimy bo się znów spóźnimy. Pamiętaj o nasmarowaniu się kremem przed wyjściem. Słońce już mocno świeci a to dopiero poranek.

– Ale mamo, przecież zaraz będzie padać, zobacz te chmury za oknem. – odpowiedział Gabryś zakładając drugą skarpetkę.

– Pokaż mi kochany, przez które z naszych trzech okien w sypialni widzisz ciemne chmury a sama wyciągnę Ci z szafy parasol.

– No w tym, czwartym oknie. Zaraz za trzecim, a przed końcem ściany. Chmury gęste jak wata cukrowa. Przecież widać gołym okiem. Zobacz sama.

– Bardzo śmieszne synku – skomentowała zdenerwowana już mama – nie wymyślaj bajek tylko zejdź na dół, ubierz buty i wychodzimy. Idę do garażu wyprowadzić samochód a Ty masz być przed domem za jedną minutkę zrozumiano? – dodała wychodząc sypialni.

– Tak tak, już idę. Na dole za jedną minutkę. – odpowiedział prawie szeptem zasmucony Gabriel.

Chłopiec był skonsternowany. Przecież to okno tam jest. Widać je jak jego własne odbicie w lustrze. Przecież nic nie wymyśla. Podszedł bliżej do rzędu okien i stanął dokładnie na wprost czwartego z nich. Faktycznie pogoda w trzech pozostałych była zupełnie inna. Słońce zaczęło ogrzewać już całą ulicę, na której mieszkał. Niebo błękitne jak ocean, ani jednej chmurki. Otworzył zatem czwarte, żeby zobaczyć o co chodzi. Kiedy tylko przekręcił klamkę do połowy, rozszczelniły się uszczelki i….przez delikatną szparę która się zrobiła Gabryś został wessany na drugą stronę, a klamka od wewnątrz wróciła na swoje oryginalne położenie.

Podczas przelatywania przez uszczelki w oknie, coś uderzyło go w głowę powodując lekkie zamroczenie i mgiełkę na oczach. Kiedy tylko doszedł do siebie otworzył oczy i….bum, znów został uderzony, lecz tym razem w brzuch, a nie w głowę. Wolał chwilowo nie wstawać i nadal udawać zamroczonego, zanim zorentuje się co się stało i skąd biorą się te uderzenia.

-Zaraz będziemy na miejscu, pod dachem, jak już się obudziłeś to nie wstawaj. Straszna dziś ulewa – krzyknęła jakaś niewyraźna postać trzymająca metalowy parasol i lejce.

-Gdzie ja jestem i czemu podłoga tak się buja – powiedział Gabryś nie otwierając oczu i próbując się czegoś załapać, aby zachować równowagę. Co pomimo pozycji leżącej było i tak bardzo trudne.

-Dzisiaj był jakiś kryzys z mąką. Problem z dostawami czy coś. I starczyło tylko na takiego cieniasa, a one zwykle są mniej stabilne. Dodatkowego pasażera też się tu dzisiaj nie spodziewałem. To okno powstało chyba dopiero przed chwilą. – tłumaczyła postać.

-Co to cienias? – zapytał ciągle zdezorientowany Gabriel.

-Ano tak. Dopiero Cię wyssało i jeszcze nikt Cie nie wtajemniczył. Przepraszam. Jestem Żelosław, misiek żelowy, a lecimy na najnowszym, świeżutkim, jeszcze ciepłym i pachnącym naleśniku. Miło Cię poznać.

Gabrysia zatkało. Jak to możliwe, że naleśniki mogą latać. O co tu w ogóle chodzi – bił się w głowie ze swoimi myślami. W końcu nie mógł się powstrzymać i otworzył oczy, aby potwierdzić co mówił dopiero co poznany jegomość. Widok, którego doświadczył spowodował powiększenie źrenic i mocniejsze bicie serca. Znajdował się na najprawdziwszym okrągłym naleśniku. Trochę spieczonym, ale jednak naleśniku. Nad nim roztaczały się grube, ciemno granatowe, chmury z waty cukrowej wyrzucające co chwilę z siebie, jak deszcz, w różnych niekontrolowanych kierunkach serię kulek piankowych. Pianki uderzały we wszystko co napotkały na swojej drodze, odbijając się sprężyście i lecąc dalej w kierunku niezidentyfikowanym. Niektóre po odbiciu leciały w dół, na ziemię, ale grawitacja działała tu jakość inaczej i nie wszystko spadało, co wyrzuciło się w powietrze. Na niebie roiło się o innych naleśników uciekających przed deszczem i uderzeniami. Jedne były grube i gąbczaste, przewożące jakieś ciężkie ładunku. Inne zwinięte w rulonik i pędzące jak rakieta. Gabrysiowi najbardziej spodobały się te w kształcie zwierząt, które wyglądały jakby naprawdę na niebie leciało małe zoo. Nie mógł uwierzyć na co patrzy. Dowiedział się chociaż co go już dwa razy uderzyło. Nawet nie był zły. Tylko zgłodniał od tych widoków. Uświadomił sobie, że mama tak go rano poganiała, że zapomniał zjeść śniadania.

-Trzymaj się mocno, lądujemy – krzyknął nagle Żelosław.

Naleśnik zaczął ostro pikować w kierunku ziemi. Gabrysiowi znów zakręciło się w głowie, ale nie dał tego po sobie poznać. Zanim doszedł do siebie, misiek, ciągnął już mocno lejce, wyhamowując delikatnie pojazd na ścieżce, ze specjalnie do tego przygotowanej bitej śmietany, która złagodziła lądowanie.

-Naleśniki nie mają kół jak samoloty, żeby na nich wylądować więc trzeba było wymyślić coś innego. – skomentował Żelosław puszczając lejce. – Przynajmniej nie klei się tak bardzo jak krem karmelkowy, którego tu używali ostatnio. Hamowanie było dużo krótsze, ale potem każdy chodził okropnie klejący. Wszyscy pasażerowie się skarżyli. Wysiadka przyjacielu. Tylko nic nie dotykaj. To własność rządowa. – dopowiedział pilot, po czym zaczął zaczął biec w kierunku domku z piernika, przerobionego na hangar, aby uniknąć lecącego z nieba deszczu piankowego. Gabryś bez zbędnych pytań udał się co sił w nogach za pilotem, z trudem przedzierając się przez gęstą warstwę bitej śmietany.

Hangar od środka wyglądał zupełnie inaczej. Zamiast ścian z piernika, pokryty był krystalicznie białym lukrem. Odbijał on doskonale światło słoneczne wpadające z małych świetlików zamontowanych w dachu, co wystarczało do oświetlenia całego wnętrza bez konieczności montowania dodatkowych lamp. W jednej z gładkich, śnieżnobiałych ścian Gabryś zobaczył swoje odbicie.

-Panie Żelosławie, jeśli można spytać, co się stało z moim ubraniem szkolnym? Czemu jestem ubrany cały na biało? Mama nie będzie zadowolona. Zwłaszcza, że za chwilę muszę jechać do szkoły.

-Proszę, tylko nie PAN. Żeluś jestem, albo misiek dla przyjaciół. Każdy kto wpada do naszej krainy po raz pierwszy, bez doświadczenia i wiedzy, dostaje białe ubranie. Wanilia mówi, że to coś jak biała karta w bloku do rysowania, taki nowy start. Nie ważne co było, jakie masz zmartwienia czy problemy. Tu wszystko zaczyna się od zera. Poza tym, mamy dzisiaj święto kolorów i białe odzienie to podstawa, sam zobaczysz. Masz tu lizaka truskawkowego z posypką karmelkową, bo pewnie nie jadłeś śniadania i chodź za mną. – odpowiedział misiek i skierował się do ogromnych, dwuskrzydłowych drzwi zrobionych z beżowo, brązowych rurek z kremem.

Mogłoby się wydawać, że do otwarcia tak wielkich drzwi potrzebna będzie niewyobrażalna siła, jednak Żelosław tylko zbliżył się do wyjścia, coś zgrzytnęło, mechanizm z elastycznych ciągutek po obu stronach ożył i wrota zaczęły się uchylać same z niesamowitą lekkością.

-Oto i ona. Cudna, przesłodka Pankejksja.

Gabriel ostrożnie, z niepewnością wyjrzał zza pleców miśka. Jego oczom ukazał się mały czekoladowy mostek przechodzący przez rzekę z mleka bananowego. Gdy podniósł głowę wyżej zobaczył niekończący się krajobraz złożony z lasek cukrowych, krówek, drzew lukrecjowych i pączków tak dużych, że służyły mieszkańcom za wielkie kanapy. Mieszkańcami były między innymi miśki żelkowe, jak jego kolega pilot, zajączki czekoladowe, krówki karmelowe i wiele innych, których Gabryś nawet nie rozpoznawał z daleka. W samym środku znajdowała się polana wyłożona marcepanem, na którym panował dość duży tłok i wrzawa.

-Chodźmy już bo się spóźnimy – powiedział Żelosław do Gabriela, ciągnąc go za rękę w kierunku czekoladowego mostku.

Dotarli na polanę w zaledwie kilka minut, mijając po drodze krzewy z białej i mlecznej czekolady, krzaczki na których rosły kandyzowane wiśnie oraz drzewka migdałowe posypane wiórkami kokosowymi. Gabryś po drodze próbował wszystkiego czego tylko mógł dosięgnąć, za zgodą miśka oczywiście, i przez to stał się taki ociężały, że ledwo mógł podnieść nogę, aby przejść przez malutką rzeczkę z karmelu, płynącą wokół całej polany.

-Spójrz o tam, na te wszystkie laski, aż mam ochotę jedną schrupać już teraz – skomentował Żelosław,

-Jaki znów laski? Chodzi Ci o te patyczaki wyglądające jak pnie drzew? Czy te czerwono-białe wyglądające jak laska mojej babci? – odpowiedział skołowany chłopiec.

-O laski wanilii mi chodzi. Ich środek jest przepyszny. To tutaj rarytas. Musisz spróbować. To niestety nie łatwe. Nasza królowa Wanilia W. rozdaje swój ekstrakt tylko raz do roku, podczas święta kolorów, wybrańcom, którzy zajmą pierwsze miejsca w wybranych kategoriach sportowych. – opowiedział z przejęciem misiek.

-Mogę też wziąć udział w zawodach? W szkole wygrałem ostatnio bieg na czas i najdalej rzuciłem piłką lekarską. Proszę, proszę, proszę.

-Jasne, że tak. Przecież to dzięki chłopcom jak Ty, ta kraina istnieje. Twoje okno pojawiło się dopiero dzisiaj rano, ale już od wieków, dzięki dziecięcej wyobraźni przybywa nam mieszkańców. Czwartych okien, jak podał ostatnio Kontroler Ruchu Latających Naleśników, jest obecnie tysiąc pięćset sto dziewięćset. Nie znam się na liczbach, ale to chyba dużo. Poszukajmy listy zapisów. – zgodził się misiek i zaprowadził Gabrysia do największego, różowego namiotu zbudowanego z waty cukrowej.

Gabryś zapisał się na bieg między cukrowymi laskami oraz rzut kandyzowaną czereśnią. Był jednak zbyt zmęczony ilością zjedzonych słodyczy podczas drogi na polanę więc ukończył bieg na ostatnim miejscu. Czuł zawód i smutek, ale wiedział, że musi dać z siebie wszystko podczas rzutu, aby spróbować tajemniczego ekstraktu. Każdy ze stu uczestników, głównie chłopców podobnych do Gabriela, otrzymał jeden klejący, słodki owoc wielkości jabłka i został w kolejności alfabetycznej ustawiony przed specjalnie wyznaczoną linią. Gdy była kolej Gabrysia, stanął jako jedyny nie w wyznaczonym miejscu, a kilka metrów przed nim. Wyjął swoją czereśnię, odchylił rękę daleko do tyłu, za głowę, wziął rozbieg i …. zatrzymując się na milimetr przed przekroczeniem linii fruuu, wyrzucił ją tak silnie i daleko jak tylko potrafił. Czereśnie leciała i leciała i aż spaść nie chciała, aż wtem przed samym końcem polany…buum uderzyła w stojącą, nadmuchaną paczkę landrynek, która zamortyzowała upadek. Tłum gapiów i innych uczestników, który był poproszony o ciszę podczas rzutów, ożył w jednej sekundzie skandując imię zwycięzcy – Gabryś, Gabryś, Gabryś!!! Gabriel zarumienił się jak wiśnia i udał się we wskazane przez sędziego miejsce.

Przed podestem, z jednym tylko pierwszym miejscem, stała wysoka na dwa metry, wyglądająca jak chude drzewo laska wanilii. Czekała na zwycięzcę. Gabryś nieśmiało wszedł na podest, ukłonił się i…w sumie nie wiedział co dalej bo poraz pierwszy uczestniczył w takich zawodach.

-Jestem Wanilia W – zaczęła mówić królowa – miło mi Cię poznać i przywitać w Pankejksji. Mam nadzieję, że Ci się tu spodoba i będziesz częstym gościem. Zająłeś pierwsze miejsce w rzucie kandyzowaną czereśnią. Gratuluje. Zanim jednak otrzymasz nagrodę zdradź proszę nam wszystkim jak tego dokonałeś. Poprzedni uczestnicy dorzucali najwyżej do połowy polany.

-Dziękuję Królowo. Jestem bardzo szczęśliwy. To sposób mojej mamy mi pomógł. Zawsze powtarza, żebym nie łapał żadnych słodkich, cukrowych i klejących rzeczy rękami bo wszystko się potem będzie do nich kleić. Urwałem więc kawałek mojej koszulki, owinąłem w nią czereśnie i po prostu rzuciłem tak mocno jak tylko potrafiłem i to wszystko. Oczywiście Żelosław sprawdził wcześniej w regulaminie czy można tak zrobić. – odpowiedział grzecznie Gabryś.

-Gratuluję pomysłowości. Proszę o to twoja nagroda. Ekstrakt z Wanilii najwyższej jakości. Możesz go dodać do czego chcesz. Smacznego – powiedziała Wanilia W wręczając chłopcu pakunek owinięty w liście kakaowca po czym udała się na swój tron pod lasem.

Po rozdaniu wszystkich nagród, jak co roku, nie mogło zabraknąć najważniejszej rzeczy podczas święta kolorów. Wszyscy mieszkańcy, goście oraz uczestnicy zawodów ustawili się na środku polany. W jednej chwili z pękających nad ich głowami setek balonów zaczął lecieć na zebranych tęczowy pyłek. Przyklejał się on delikatnie na włosy, skórę i ubrania oczywiście powodując, że wszystko i wszyscy wokół nabrali niesłychanych, różnorodnych barw. Ubranie Gabrysia również się zabarwiło i nie wyglądał już jak biało jak z reklamy proszku do prania. Dodatkowym atutem tego proszku było to, że można go było zjeść. Co czynił chłopiec w drodze powrotnej, dosypując to tego swoją nagrodę. Zjadłby cały naleśnik z wanilią, którym lecieli do domu, gdyby misiek go nie powstrzymał.

-Nie jadłem nigdy nic tak pysznego. Wanilia to będzie od teraz moja ulubiona słodycz. – stwierdził chłopiec.

-Pamiętaj tylko, aby nie przesadzać ze słodyczami kolego. Gdybyś się tak nie napchał wcześniej, wygrałbyś również bieg na czas i nie miałbyś mdłości po drodze. – odpowiedział pilot.

-Mam nadzieję, że mama nie będzie zła, że tak długo mnie nie było – zmartwił się chłopiec.

-Nie martw się – pocieszał go Żelosław – w naszej krainie czas się nie liczy. Nie zapominaj marzyć i wracaj do nas kiedy tylko masz na to ochotę.

Misiek wysadził Gabrysia pod jego oknem i odleciał na resztce naleśnika w siną dal. Chłopiec jak tylko zbliżył się do klamki znów został wessany do środka i znalazł się po drugiej stronie. W sypialni rodziców, tak jak wcześniej, tylko tym razem podróż przez okno nie skończyła się bólem głowy. Skończył się ubierać. Schował nagrodę do plecaka szkolnego i pobiegł przed dom.

-Chociaż tym razem przyszedłeś szybko i bez marudzenia jak prosiłam – stwierdziła mama jak go zobaczyła. Tylko wytłumacz mi po co Ci parasolka. Przecież mówiłam Ci, że będzie dzisiaj piękna pogoda?

-Nigdy nie wiadomo mamo kiedy z nieba zaczną padać pianki. Jak uderzą Cię w głowę to naprawdę boli wiesz?! – odpowiedział z wielkim uśmiechem Gabriel.

-Ty i ta Twoja wyobraźnia. Najważniejsze, że tym razem nie spóźnisz się do szkoły. – skomentowała mama. Po czym wrzuciła pierwszy bieg i odjechali w kierunku szkoły.

 

Zapisz na dysku i wydrukuj obrazek. Następnie weź kredki albo pisaki i go pokoloruj. Będzie mu smutno jak tego nie zrobisz 🙂

(dlatego obrazki są czarno-białe w każdej bajce)

Jeśli dodatkowo, wyślesz pokolorowany obrazek na adres info@bajkowytata.com umieszczę go na mojej fejsbukowej ścianie z Twoim imieniem 🙂