(0-7 lat) Mikołaj zgubił swoje magiczne sanie. Na biegunie panuje stan wyjątkowy i smutek. Mikołajki chyba będą w tym roku odwołane.  Sprawdź czy uda się odnaleźć zgubę i jak ta historia się zakończy.

 

 

Aby pobrać audiobook za darmo wejdź TUTAJ

 

Święty Mikołaj miał w zwyczaju, codziennie po śniadaniu, wybierać się na swoich magicznych saniach w lot dookoła bieguna. Z jednej strony latał dla przyjemności. Z drugiej, sprawdzał przy okazji stan przygotowań do dwóch najważniejszych dla niego w całym roku świąt. Jego imienin szóstego grudnia, oraz do Bożego Narodzenia. Gdy wybierał się na krótkie wycieczki, bez ładunku, nie potrzebował pomocy swoich niezastąpionych reniferów. Jego własna magia wystarczała aby latać aż do dwóch godzin bez konieczności lądowania.

Pierwszego grudnia Mikołaj wstał skoro świt. Poszedł czym prędzej, w czerwonej piżamie w białe choinki, pod drzwi wejściowe swojej drewnianej chatki. Elfy pozostawiały mu tam każdego dnia najnowszy raport pogodowy, który dzisiaj brzmiał tak: Zapowiada się bezchmurne niebo bez większego wiatru do południa. Warunki idealne na latanie. Po południu jednak, spodziewamy się silnych opadów śniegu i zamieci. Z poważaniem – Elfy. Uradowany Mikołaj czytając prognozę, zjadł owsiankę z borówkami, orzechami włoskimi i daktylami popijając swoją ulubioną zbożową kawą. Po czym umył w łazience zęby, podciął brodę i stanął przed codziennym dylematem co na siebie włożyć. Miał do wyboru klasyczny czerwony kubraczek, bardzo czerwony kubraczek, trochę już wyblakły czerwony kubraczek albo ogniście czerwony kubraczek. Ten ostatni dostał w prezencie od Elfów za ciężką pracę w zeszłym roku i postanowił, że założy go dopiero na zbliżające się Boże Narodzenie. Zdecydował się na bardzo czerwony kubraczek. Wciągnął na nogi czarne jak smoła, wysokie, skórzane buty i wyszedł z chatki. Jego drewniany dom stał na najwyższym z siedmiu wzgórz tej magicznej krainy. Przed chatką było miejsce na ognisko. Skrzaty dbały aby zawsze było tam drewno i rozpałka gotowe go wzniecenia ognia. Wokół paleniska stały duże głazy z wyrzeźbionymi w środku siedziskami. Wyglądały jak kamienne fotele, a obok każdego z nich znajdował się długi, drewniany kijek z zaostrzoną końcówką. Mikołaj uwielbiał od czasu do czasu, bez zapowiedzi, rozpalać ogień po skończonym dniu pracy i zapraszać wszystkich pracowników na wspólne smażenie pianek i rozmowy do świtu. Za paleniskiem, rozciągał się oszałamiający widok na całą biegun. W tak pogodny, słoneczny dzień jak dziś, widać było najdalsze fabryki oraz ośnieżone dachy chatek wszystkich mieszkających tu magicznych stworzeń. Pomiędzy ogniskiem a oszałamiającym widokiem znajdowało się coś jeszcze. Pas startowy dla wielkich, złoto-czerwonych sań. Na początku pasa stał hangar, a obok niego stajnie dla reniferów, które akurat miały wolne i wygrzewały się na śnieżnych lerzakach w promieniach porannego słońca. Mikołaj, trochę z lenistwa, nie parkował codziennie sań w hangarze tylko zaraz na końcu ścieżki prowadzącej z jego domu do pasa startowego. Mniej więcej w jego połowie. Dzięki temu musiał tylko co rano przejść kilka kroków zamiast aż dwustu. Rudolf – szef reniferów – informował, że w hangarze, w nocy, sanie będą bezpieczniejsze, ale nikt go nie słuchał. Kto w ogóle chciałbym ukraść sanie Mikołaja. To niedorzeczne – pomyślał Święty po czym usiadł na swym wygodnym fotelu z dębowego drewna, obszytego czarnym materiałem, podobnym do skóry, który idealnie dopasowywał się tylko do pupy Mikołaja. Jego dodatkową zaletą było magiczne ciepło, wydzielające się podczas ocierania o strój siedzącego, co przydawało się podczas długich, świątecznych podróży dookoła świata. Chwycił lejce, wykonane z tegoż samego czarnego materiału, zapewniającego doskonałe trzymanie w grubych rękawicach. Zamachał nimi w powietrzu, jakby przed nim znajdowały się prawdziwe renifery, zagwizdał…i sanie wystrzeliły z niesamowitą prędkością w kierunku końca pasa startowego i dalej w niebo.

Mikołaj lecąc nad miasteczkiem, podziwiał sprawność z jaką pracownicy przemieszczali się między fabrykami a magazynami. Z góry wyglądali jak małe, ruchome szpileczki z białymi główkami. Na ziemi dużo się to nie różniło ponieważ każdy mieszkaniec nosił czerwoną czapkę z białym pomponem. Taka obowiązkowa część stroju służbowego. Byli tylko trochę więksi. Święty musiał się dzisiaj śpieszyć z codziennym sprawdzaniem postępów w produkcji zabawek, ponieważ prognozy pogody dawały mu tylko pół dnia na latanie. Przyspieszył swoje magiczne sanie, zakładając złote gogle na oczy i udał się do swojej ulubionej kawiarni. Zarządcą był tam pulchny elf Mirim, który przygotowywał najlepszą gorącą czekoladę z cynamonem i bitą śmietaną na całym biegunie. Mikołaj miał tam zawsze przygotowany swój ulubiony stolik pod oknem, na którym czekały na niego listy od dzieci, koperty, czyste kartki i wieczne pióro. Każdy list czyta zawsze samodzielnie, po czym przekazuje instrukcje dalej do fabryki. Jeśli musi o coś dopytać, wysyła własnoręcznie napisany list do danego dziecka. Z powodu mniejszej ilości czasu dzisiaj, przeczytał tylko połowę zwyczajowej ilości, dopił czekoladę, zapominając o bitej śmietanie przyklejonej do jego wąsa i udał się dalej w drogę. Zbliżało się południe i czasu na załatwienie wszystkich spraw było coraz mniej. Następnym punktem wyprawy był centralny magazyn umieszczony w samym środku miasteczka. Wyglądał jak wielki, kwadratowy, prezent wielkości wieżowca. Był długi jak cztery boiska piłkarskie i tak samo wysoki. Miał kolor dojrzałej wiśni i przewiązany był prawdziwą, jedwabną, ciemno-niebieską wstążką. Drzwi wejściowe, a raczej wielkie drewniane wrota, znajdowały się na każdym boku budynku, aby transport towarów odbywał się najszybciej jak to możliwe. Mikołaj zawsze parkuje swoje sanie na dachu budynku, a następnie zjeżdża windą ekspresową na dwudzieste czwarte piętro, gdzie znajduje się biuro Dyrektora Trajka – najważniejszego elfa w tym budynku. Od jego decyzji zależy sprawna praca wszystkich fabryk. To bardzo odpowiedzialne zajęcie. To do jego magazynu spływają wszystkie podzespoły zabawek jak kółka do rowerków, płozy do sanek, drewno do klocków czy choćby farby w setkach kolorów żeby te wszystkie zabawki ładnie ozdobić. Mikołaj po zapoznaniu się z codziennym raportem pochwalił Dyrektora za ciężką pracę i postępy. Wszystko idzie zgodnie z planem. Wyrobimy się na czas – stwierdził Trajk. Mikołaj zlecił mu dzisiaj dodatkowo sprawdzenie stanu produkcji w fabrykach bo sam niestety, przez pogodę, nie zdąży już tego zrobić, poczym udał się pospiesznie do swych sań. Było pięć po pierwszej. Kiszki Mikołaja skręcały się już z głodu bo od śniadania wypił tylko gorącą czekoladę. Wiatr zacinał już ostro z zachodu. Kruczo czarne chmury nadciągały z nad linii horyzontu. Czas do domu – pomyślał Święty – i to biegusiem. Wsiadł czym prędzej na magiczne sanie. Docisnął czerwoną czapkę z wielkim białym pomponem, nałożył gogle i ruszył jak błyskawica.

W domu, małe wesołe krasnale dbały aby Mikołajowi niczego nie brakowało. Jak tylko wszedł, a raczej został wepchnięty przez wzmagający się wiatr, czekały na niego ciepłe kapcie, ogień w kominku i rozgrzewająca herbata imbirowa. Otrzepał sie ze śniegu,  odwiesił czerwony kubrak i płaszcz na hak przy drzwiach i zasiadł w swoim ulubionym welurowym, brązowym fotelu przed kominkiem. Usiadłby od razu do stołu żeby zjeść obiad, ale krasnale musiały pomagać mu w zdejmowaniu długich, czarnych, skórczonych od mrozu kozaków. Raz jeden z krasnali musiał tak mocno ciągnąć, tak mocno się zaprzeć że gdy but w końcu zszedł, on sam wyleciaľ jak z procu w kierunku rozpalonego kominka. O mały włos wpadłby do niego, ale ostatecznie przypiekł sobie tylk trochę prawy pośladek. Mikołaj umył zmęczone ŕęce i zasiadł do stołu na którym czekał już na niego ciepły, pożywny barszcz z uszkami.

Wichura i zamiecie trwały nie przerwanie dzień i noc. Nie można było głowy za drzwi wystawić z zimna i zacinającego wiatru. Na szczęście na taką okoliczność, wiele lat temu, wykopano pod miastem szereg tuneli, którymi teraz tansportowano wiadomości, pożywienie i części do budowania zabawek. Mikołaj sam by się tam nie zmieścił lecz dzięki sprawnym, zaufanym i ciężko pracującym krasnalom wszyskie przygotowania szły gładko. Tylko humor Mikołajowi nie dopisywał bo codzienne latanie było jego największą rozrywką. Na szczęście przez system tuneli dostawał codziennie dostawę swojej ulubionej gorącej czekolady z kawiarni pulchnego elfa i worek listów od dzieci. Pogoda nie rozpieszczała mieszkańców bieguna aż do piątego grudnia. W przed dzień imienim Mikołaja, czyli tak zwanych Mikołajek, wiatr i opady śniegu zelżały na tyle że można było wyjść z domu. Chmury nadal utrzymywały się na niebie, ale były już bardziej w kolorze śniegu leżącego w cieniu choinki niż kruczych piór.

Piątego grudnia z samego rana Mikołaj już wiedział w co się ubrać po śniadaniu. Trochę już wyblakły czerwony kubraczek zawsze służył mu do robienia przeglądu sań. W razie gdyby ubrudził się olejem czy innym smarem nie żal mu będzie takiego znoszonego już kubraczka wyrzucić. Mógł tą pracę zlecić któremuś z pomocnych krasnali, ale lubił sobie czasem ubrudzić ręce smarem. Takie jego hobby. Na dodatek miał wtedy stu proce tową pewność, że żaden element z listy Do Sprawdzenia nie został pominięty. Wyszedł w końcu przed swoją chatkę. Przechodząc koło miejsca na ognisko, prawie upadł potykając się o wielką hałdę śniegu której tam wcześniej nie było. Pewnie krasnale zwieźli tu cały śnieg z pasa startowego po tej kilku dniowej zamieci – pomyślał i w dalszym ciągu w dobrym humurze udał się na koniec ścieżki gdzie zawsze parkuje swoje sanie. Jakież było jego zdziwienie kiedy, po dotarciu na miejsce zobaczył tylko hulający wiatr. Po chwilowym szoku zebrał się w sobie na przeraźliwy okrzyk RUUDOOOOLF!!! ALARM!!! KTOŚ UKRADŁ SANIE!!! poczym padł na kolana i zaczął szlochać jak bóbr zakrywając ręce grubymi czerwonymi rękawicami.

Rudolf, szef wszystkich reniferów i główny zarządca pasa startowego, przyleciał w jedną minutkę. Omal kopyta nie złamał próbując wychamować na zamarźniętych łzach Mikołaja pokrywających już spory kawałek pasa.

– Już jestem szefie, co się stało? – zapytał renifer

– Sanie…ktoś ukradł sanie – chlipał Mikołaj.

– A mówiłem żeby parkować je na noc w hangarze? Ale szef zawsze wie lepiej.

– Później będziemy się spierać kto miał racje, a kto jest leniwym, siwobrodym człowiekiem. Za kilkanaście godzin Mikołajki. Jeśli sanie się nie odnajdą będzie trzeba odwołać to święto.

– Gdzie szef widział sanie po raz ostatni? – zapytał czerwononosy

– No jak to gdzie. Wiesz  dobrze, że zawsze parkuję je w tym samym miejscu, koło ścieżki. Tak samo też zrobiłem kilka dni temu, zaraz przed tą kilkudniową zamiecią przez którą do dzisiaj nie mogłem latać. – odparł Święty. Miałem właśnie zrobić ich przegląd a tu tylko puste miejsce jak widać.

– Dobrze w takim razie od razu organizuję grupę poszukiwawczą.

Rudolf zebrał najlepszych z najlepszych. Grupa liczyła 10 magicznych stworzeń. Pięć najszybszych reniferów, dwa krasnale znające najgłębsze zakręty podziemnych tuneli, dwa skrzaty umiejące wydobywać sekrety i jeden elf Mirim, który szybkością nie grzeszył ale dzięki prowadzeniu kawiarni znał chyba każdego mieszkańca bieguna. Po rozdzieleniu zadań wszyscy rozbiegli się w tylko im znane kierunki. Mikołaj miał za zadanie zostać w swojej chatce i obserwować jedyny na biegunie pas startowy. Może ktoś tylko chciał się przelecieć dla zabawy i postanowi zwrócić sanie zaraz jak magia się wyczerpie. Jeśli tak się stało, nie trzeba będzie długo czekać bo bez Mikołaja czy reniferów sanie nie utrzymają się długo w powietrzu. Rudolf obiecał, że jak tylko czegoś się dowie wyśle do szefa Kruka z wiadomością.

Godziny mijały. Czarna pierzyna nocy na dobre okryła już cały biegun. Rudolf nie wysłał ani jednej wiadomości do tej pory to znaczy, że nic nie znaleźli. Mikołaj doskwierał coraz większy smutek. Jeszcze nigdy, przenigdy nie musiał odwoływać świąt. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz prawda?! – pomyślał strapiony. Poprosił jednego z krasnali o obserwację pasa startowego, a sam już bardzo zmęczony usiadł przed kominkiem ze swoim ulubionym kakao. Nawet bita śmietana nie sprawiała mu w obecnej sytuacji przyjemności. Wziął ostatni łyk i postanowił zamknąć na chwilę oczy.

Kilka minut przed północą obudziło Mikołaja pukanie do drzwi. To był Rudolf. Mikołaj zerwał się na równe nogi, narzucił na siebie tylko ciepły wełniany, gruby koc pachnący kominkiem i wyszedł przed dom. Rudolf stał tam z nie tęgą miną. Łeb miał spuszczony i tylko grzebał coś w śniegu przednim, lewym kopytem. Mikołaj patrzył na niego w oczekiwaniu. Po chwili milczenia renifer zaczął w końcu mówić.

– Przepraszam szefie. Zawiodłem Cie. Nie udało nam się odnaleźć Twych sań.

Mikołaj nic nie odpowiedział tylko wpatrywał się ze łzami w oczach w swojego najlepszego przyjaciela.

– Przeszukaliśmy chyba każdy centymetr bieguna – ciągną dalej Rudolf. Przelecieliśmy nad każdą chmurką, zwiedziliśmy wszystkie zakamarki korytarzy podziemnych i nawet po kilka razy przepytaliśmy niektórych mieszkańców naszej krainy. I nic. Nawet poszlaki żadnej, małego śladu płozy, nic. Jakby rozpłynęły się w powietrzu.

Mikołaj wytarł nos kocem po czy zawołał najszybszego z krasnali i zakomunikował:

– Weź pióro, papier i tyle kopert ile zdołasz unieść. Napisz: Biegun zawiadamia, że z powodu kradzieży sań Mikołajki w tym roku zostają odwołane. Bardzo nam przykro. Z poważaniem Św. Mikołaj. Niech każdy krasnal zrobi to samo i wyślijcie wszystko z samego rana do wszystkich dzieci na świecie. Krasnal z początku nie mógł uwierzyć w to co słyszy ale posłusznie wykonał polecenie.

Rudolf po tej wiadomości tak się zdenerwował, że aż z całej siły kopnął w kamienny fotel koło ogniska. Siła była tak mocna, że siedzisko pękło w pół, a powstałe iskry padły na leżącą obok rozpałkę. Nie minęła chwila a cały stos drewna, codziennie przygotowywany przerz krasnale, rozpalił się ogrzewającym pomarańczem.

Nerwy nie pomogą nam Rudolfie w odnalezieniu sań – zaczął mówić Mikołaj; ale jak już rozpaliłeś ognisko to usiądźmy przy nim i pomyślmy co robić dalej. Renifer usiadł tyłem do wielkiej hałdy śniegu, która pozostała po kilkudniowej zamieci śnieżnej. Mikołaj zdecydował się na miejsce po przeciwnej stronie paleniska. Ogień nabrał już mocy i zaczął topić delikatnie okoliczny śnieg. Przez długą chwilę, oboje patrzeli się tylko w skwierczący, wyrzucający w powietrze mnóstwo iskier, czerwony słup ognia. Rudolf nagle odwrócił się w stronę pasa startowego.

– Co się stało przyjacielu? – spytał Mikołaj

– Nic takiego, wydawało mi się, że słyszę jakby coś lądowało. Przesłyszałem się. – odpowiedział czerwono-nosy kierując smutny wzrok na wielką hałdę śniegu. Nie dość, że z tych nerwów słyszę dziwne dźwięki to jeszcze stopiony śnieg n a tej hałdzie wygląda mi na płozy Twych sań.

Mikołaj skierował swój wzrok w miejsce gdzie patrzył renifer. Następnie wziął łopatę opartą o ścianę jego chaty i podszedł do wspomnianej hałdy.

– Chodź Rudolf. Mikołajki i tak już odwołane. Ulepmy z tego śniegu sztuczne, nowe sanie. Może chociaż trochę humory nam się poprawią. Może wymyślimy nawet nowy projekt, który zbudujemy na Boże Narodzenie?!

Mikołaj wziął duży zamach, aby wbić łopatę w twardy śnieg aż tu nagle…jak nie walnęło, jak się gruchnęło…i łopata pękła w pół a metaliczny odgłos rozniósł się echem po całej okolicy. Rudolf tak się przestraszył, że wyskoczył w powietrze i zawisł w powietrzu cały drżąc. Święty podrapał się po głowie pod czerwoną czapką z białym pomponem ze zdziwienia. Podszedł do ogniska, rozpalił pochodnię i zbliżył ją do miejsca w które uderzył łopatą. Jego oczom ukazał się kawałek złotej, metalowej płozy. Wyglądała dokładnie tak jak płoza jego magicznych sań. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Był tak przejęty, że zdjął grube rękawice i pomimo siarczystego mrozu zaczął odgarniać śnieg gołymi rękoma. Rudolf bez słowa dołączył się do kopania. Praca szła zadziwiająco szybko. Od czasu do czasu pomagali sobie ogniem, aby roztopić twardsze, zlodowaciałe kawałki hałdy. Po mniej więcej piętnastu minutach ich oczom ukazał się nieprawdopodobny widok. Stały przed nimi, złoto czarne, magiczne sanie Mikołaja! Oboje osłupieli. Mieszanka radości, ekscytacji, zmęczenia i wcześniejszego przygnębienia mieszała im w głowach. Nie mogli uwierzyć własnym oczom.

– Szefie – zaczął Rudolf – może my zasnęliśmy przy ognisku i to tylko piękny sen?!

– Sam nie wiem kolego, ale możemy to sprawdzić – odpowiedział Mikołaj – TEONIE! – krzyknął.

Po kilku sekundach stał już obok nich Teon, najbardziej zaufany krasnal pracujący dla Mikołaja.

– Uszczypnij Rudolfa w kopyto proszę.

– Aauuuć – krzyknął renifer – za co to?!

– Jeśli to poczułeś to znaczy, że jednak nie śnimy. – stwierdził uradowany Mikołaj. Teraz powiedz mi Teonie, co tu widzisz?

– Widzę piękne, złoto czarne, magiczne sanie, którymi uwielbiasz latać szefie.

– Dziękuję Ci – skinął głową Święty –  Możesz wracać do swoich zadań.

– Ale jak to możliwe – zapytał ciągle oszołomiony Rudolf.

– Już chyba wszystko rozumiem – zaczął Mikołaj – W pierwszy dzień wielkiej zamieci śnieżnej, spieszyłem się do domu z codziennego sprawdzania postępów prac nad zabawkami w miasteczku. Tak się śpieszyłem, że nie wytarłem sobie nawet bitej śmietany z brody po wypiciu ulubionego kakao. Dowiedziałem się o tym dopiero w domu po powrocie. Już wiem też dlaczego wszyscy w miasteczku patrząc na mnie uśmiechali się ukradkiem. Ale do rzeczy. Wracałem już jak mocno wiało i śnieg zacinał z każdej strony. Chciałem być jak najszybciej w ciepłej chatce pod kocem i z tego wszystkiego zapomniałem przywiązać sań do słupów. Pas startowy był wtedy bardzo oblodzony i wielka wichura, która potem nadeszła musiała zepchnąć sanie pod samo palenisko. Dzięki niemu, sanie nie wpadły na moją chatkę na szczęście. To by dopiero była dziura w ścianie. Potem śnieg je przysypał, a kiedy pogoda się poprawiła, wszyscy myśleli, że jest to miejsce do zgarniania nagromadzonego na pasie śniegu i jeszcze przysypali sanie dodatkową warstwą grubego puchu.

– To naprawdę niesamowita historia szefie. Aż trudno w to uwierzyć – stwierdził renifer. Najważniejsze, że się odnalazły…no i że nikt ich nie ukradł. Tylko teraz co z Mikołajkami?

– Mawiają, że najciemniej pod latarnią Rudolfie. Jak dobrze znam krasnoluda, któremu zleciłem nadanie listów, zaległ w pierwszej kawiarni po drodze, aby spożyć swoje ulubione ciasto marchewkowe z karmelkową polewą, tak na dodanie energii przed pracą jak zawsze powtarzał. Leć go powstrzymaj, a ja sprawdzę sanie i przygotuję się do lotu.

– Tak jest! – odpowiedział renifer i wystrzelił w niebo jak z procy.

Szósty grudnia. Mikołajki. Pierwsze dziecko otworzyło nieśmiało jedną z powiek i widząc, że już poranek, od razu pobiegło sprawdzić swoje czyste, specjalnie przygotowane buty. Po dotarciu na miejsce zastało….buty wypełnione łakociami i owocami. Wszystko skończyło się szczęśliwie. Mikołaj po zakończonej pracy, zawisł tylko w swych saniach nad Ziemią i patrząc z radością przez magiczną lunetę na dzieci otwierające łakocie, pomyślał…

– Żeby tylko te wszystkie dzieci wiedziały, że o mały włos mogło nie być w tym roku Mikołajek, żeby tylko wiedziały…i odleciał z powrotem, z zadowolonymi reniferami, do swojej drewnianej chatynki na biegunie północnym.

 

Zapisz na dysku i wydrukuj obrazek. Następnie weź kredki albo pisaki i go pokoloruj. Będzie mu smutno jak tego nie zrobisz 🙂

(dlatego obrazki są czarno-białe w każdej bajce)

Jeśli dodatkowo, wyślesz pokolorowany obrazek na adres info@bajkowytata.com umieszczę go na mojej fejsbukowej ścianie z Twoim imieniem 🙂