(5-12 lat) Bajka o sile woli, smutkach i zmartwieniach, ciemnej stronie księżyca i małych włochatych górnikach z jedną dziurką w nosie.

 

 

I

Zastanawialiście się kiedyś dlaczego podczas deszczu nie mamy humoru? Dlaczego chodzimy smutni, przygnębieni i nie mamy na nic ochoty? Zosia też się nad tym zastanawiała. Najczęściej kiedy podczas ulewy patrzyła w mokre, zimne i ciemne od kropel okno swojego pokoju. Deszcz odbierał jej największą przyjemność codziennych wieczorów. Uwielbiała przesiadywać godzinami na balkonie, na który noc w noc, nie zależnie czy był mróz czy ciepły letni wieczór, wyjeżdżała aby podziwiać gwiazdy i księżyc. Tylko deszcz ją powstrzymywał i uniemożliwiał wieczorną rozrywkę. Jedną z nielicznych jakie teraz miała. Jej głównym zajęciem na co dzień było siedzenie, rozmyślanie i czytanie książek. Rok wcześniej uległa poważnemu wypadkowi i od tego czasu zmuszona była jeździć na wózku inwalidzkim. Miała wtedy sześć lat.

Mieszkała z babcią na czwartym piętrze starej kamienicy, bez windy i z bardzo stromymi schodami. Mniej więcej raz na tydzień sąsiad z mieszkania pod nimi, pomagał znieść wózek i wtedy wybierali się z babcią na długi spacer po okolicznych parkach i ulicach starego miasta. Uwielbiała te wycieczki. Chyba, że padało to wtedy musieli czekać do następnego tygodnia niestety. Wtedy Zosia wyzywała każdą koleją spadającą kroplę wody. W wolnej chwili czytali z babcia książki, a do tego babcia opowiadała Zosi różne, zasłyszane kiedyś, historie i legendy. Jedna z nich opowiadała o tym skąd biorą się złe nastroje u ludzi podczas deszczu. Wiązało się to z ciemną stroną księżyca, ale o tym za chwilę…

II

Na ścianach, po obu stronach, przywieszone były małe, białe, okrągłe żaróweczki. Ledwo oświetlały wąską ścieżkę prowadzącą w dół. Na samym dnie szarego, ciemnego korytarza słychać było miarowe, metaliczne uderzenia małych kilofów o twardą księżycową skałę. Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk…brzdęk, krach.

  • No niech to jasna gwiazda strzeli…to już drugi w tym tygodniu – krzyknął zdenerwowany Midrim.
  • Mówiłem Ci, że trzeba uderzać prosto, z góry na dół, a nie pod kątem, niedbale. Czy Ty mnie w ogóle kiedyś słuchasz?! – stwierdził Jodrim.
  • Jak złamię jeszcze jeden kilof w tym roku to nie doczekam do emerytury. Wyrzucą mnie na zbity, pokręcony ogon – zmartwił się Midrim.
  • Masz tylko jedno wyjście w takim razie. Leć prędko do swojej jamy po złoty kilof jaki dostałeś od ojca, zanim odszedł na emeryturę, a ten złamany zakopiemy i nikt się nie zorientuje. Norma musi zostać wyrobiona, pamiętaj! – poradził Jodrim

Midrim i Jodrim, odkąd mogli utrzymać kilof w rękach, pracowali przy wydobyciu kruszcu w kopalni. Nigdy nie wychodzili na zewnątrz. Nigdy nie chodzili do szkoły. Nigdy nikt im nic nie opowiadał tylko dostawali kilof do ręki i kazano im wydobywać. Tak pracowała zresztą całą ich populacja. Nikt o nic nie pytał, nikt się nie skarżył i nikt nie miał planów na przyszłość. Liczyło się tylko wykonanie planu. Wszyscy pracownicy wyglądali prawie identycznie. Całe ich czarne futra pokrywał szary pył od uderzania kilofem. Długie spiczaste uszy i mały zakręcony ogonek wyróżniały się na tle reszty tułowia w swoim blado-różowym kolorze, wyjątkowo nie pokryte włosami. Oczy mieli czerwone, ale nie z przemęczenia czy niewyspania. Kolor czerwony pomagał im widzieć w półmroku kopalni, a gdy zrobiło się całkiem ciemno, ich białka zmieniały kolor na zielony i zaczynali widzieć w ciemności jak kot. Byli wielkości ludzkiego paznokcia, ale obdarzeni zostali niebywałą sprawnością i siłą. Mogli pracować bez wytchnienia przez cały dzień i całą noc. Tylko raz na tydzień otrzymywali magiczny napój z gwiazdopyłu, który wypijali w kilka minut i to była ich cała przerwa w pracy. Żyli około dwustu lat. Pracę zaczynali w wieku mniej więcej lat trzech, a po stu trzech latach pracy, każdego wysyłano na zasłużoną emeryturę do miejsca, o którego istnieniu wiedział tylko sam Wielki Wódz Nodrimi – Aladrim.

Midrim przybiegł zdyszany na swoje miejsce pracy trzymając coś w rękach.

  • To nie czas na oglądanie starych zdjęć. Jest robota do zrobienia. Gdzie masz kilof? – krzyknął Jodrim. Jodrim musiał mieć zawsze wszystko pod kontrolą i zapięte na ostatni guzik. Strasznie się stresował kiedy mieli opóźnienie w dostawach i nie lubił się tłumaczyć kierownikowi z powstałych zaległości. Wykonywał wszelkie polecenia bez dyskusji i zbędnych komentarzy. Otrzymał dzięki temu od Aladrima Medal Księżycowy i dodatkową dawkę magicznego napoju raz na miesiąc, w nagrodę za wyjątkowo ciężką pracę.
  • Tata go włożył do tej ramki, zanim odszedł, i podpisał słowami: „Wykuj swe marzenia”. Zał mi ją teraz rozbijać bo to jedyna pamiątka jaką po nim mam – stwierdził Midrim pociągając ze smutku nosem z jedną dziurką. Cały ich gatunek miał tylko jedną dziurkę w nosie. Nie pytajcie czemu. Sami nie wiedzieli, ale było to dla nich tak naturalne, że nikt nie pytał. Nie mieli zresztą nigdzie luster. Midrim w odróżnieniu od Jodrima, ciągle czuł, że poza tą kopalnią i ciągłą pracą jest na świecie coś więcej. Miał nadzieję, że kiedyś wyjdzie stąd i odkryje całkiem inny, magiczny świat. Nie wiedział skąd miał to uczucie. Może odziedziczył je po ojcu. Po prostu je miał i kropka. Przez te swoje przemyślenia często dostawał nagany, nie wyrabiał planu czy – jak w tym przypadku – łamał kilofy bo zapominał, jak porządnie należy ich używać.

Midrim zanim się obejrzał, zobaczył tylko jak jego ramka ze złotym kilofem leci w kierunku najbliższej, twardej, skalnej ściany kopalni. Jodrim wykorzystał moment jak jego kolega wycierał futrzastą ręką, jedyną dziurkę w nosie, zrobił zamach swoim kilofem i wybił ramkę z rąk kolegi. Słychać było tylko trzask pękającego szkła…i głośne zawodzenie Midrima.

  • No! Po kłopocie. Teraz biegusiem zabieraj się do pracy bo terminy nas gonią. – stwierdził Jodrim.

Midrim ze łzami w oczach, bez słowa, pochwycił w swoje małe, włochate rączki, prezent od taty i – tym razem prawidłowo – zaczął miarowo uderzać w twardą skałę. Stuk-puk, stuk-puk, stuk-puk…

III

Ciepły, słoneczny letni dzień. Wakacje. Grupka dzieci bawi się na pomoście przy niestrzeżonej, dzikiej plaży podczas gdy rodzice korzystając ze słońca, opalając się na leżakach. Chlup, chlast – słychać co chwilę gdy jakieś dziecko skacze do wody.

  • Tylko bawcie się bezpiecznie dzieci – krzyczy jedna z mam w stronę pomostu – i nie skaczcie za pomost ok?

  • Dobrze, dobrze. Nic nam nie będzie – krzyknęło jedno z dzieci, które akurat usłyszało, że to jej mama woła.

  • No dalej Zosiu, skacz – krzyczał szyderczo najstarszy z grupki dzieci bawiącej się na pomoście, dziesięcioletni Zdzisław. – wszyscy już się odważyli, tylko ty zostałaś.

Chodziło o zakład i wyzwanie. Zdzisław, najstarszy z dzieci, zachęcał wszystkich do złamania obietnicy danej rodzicom. Wszyscy mieli zakaz kąpania się za pomostem, ponieważ dno i głębokość jeziora było nie sprawdzone i tym samym bardzo niebezpieczne. Zdzisiek obiecywał, że kto skoczy na główkę za pomost dostanie całą torbę batonów i cukierków. Wszyscy dali się przekonać. Tylko Zosia miała obawy.

  • Zosia, Zosia, Zosia!! – krzyczała grupa zachęcająco. Zosia, pomimo swoich obaw, dała się w końcu przekonać i … skoczyła głową skierowaną w stronę wody.

  • TAAATO, MAAAMO POMOCY!! – krzyczało każde dzieci w kierunku swojego rodzica, kiedy po kilku sekundach Zosia nie wypływała na powierzchnię. Jeden z rodziców od razu wskoczył do wody widząc co się stało. Na szczęście nie była zbyt głęboka i po chwili wyciągnął nieprzytomną Zosię. Od razu wsadzili ją na tylne siedzenie samochodu i popędzili do szpitala. Okazało się, że w jednym miejscu, dno ma tylko kilkanaście centymetrów głębokości. Reszta dzieci, szczęśliwie, skoczyła na głęboką wodę. Zosia, niestety, trafiła głową akurat w mieliznę i od siły uderzenia straciła przytomność. W szpitalu, lekarz stwierdził uszkodzenie kręgosłupa. Na szczęście nie był złamany, co spowodowałoby jazdę na wózku inwalidzkim do końca życia. Zosia musiała jednak przejść serię zabiegów i czekała ją długa wielomiesięczna rehabilitacja i obowiązkowe poruszanie się na wózku. Zosia się załamała. Uwielbiała biegać i skakać przez cały dzień a teraz….Od tego czasu, jedyną rozrywką było dla niej podziwianie gwiazd i słuchanie babcinych opowieści…jeśli oczywiście nie padało.

IV

Babcia Zosi, w miarę możliwości i zdrowia, wykonywała z nią w domu niezbędne ćwiczenia, zalecone przez lekarzy. Tylko na takie domowe metody mogła sobie na razie pozwolić ponieważ profesjonalna rehabilitacja w szpitalu kosztuje ogromnie dużo pieniędzy, których niestety nie miała.

  • Zróbmy sobie chwilę przerwy kochana, muszę złapać oddech – mówi do Zosi babcia. Wyjdźmy na balkon, takie ładne słońce dzisiaj. Opowiem Ci pewną historię.

Stara opowieść głosi, że dawno dawno temu kiedy padał deszcz, wszyscy mieli dobre humory. Śmiali się, bawili, wychodzili poskakać po kałużach. Nikt nie czuł się ospały, zmęczony czy smutny. Wszystko się zmieniło pewnego dnia, gdy na Ziemię, razem z deszczem zaczęły spadać smutki i zmartwienia. Nikt jednak nie wiedział jak temu zapobiec. Wszyscy zaczęli się zamartwiać i zamykać w domach podczas brzydkiej pogody. Trwało to do czasu gdy do jednej małej wioski, w której akurat mieszkał mój dziadek, spadł z nieba nieoczekiwany gość. Był wielkości paznokcia. Miał gęste, czarne futerko, różowy zakręcony ogonek i śmieszny mały nosek z jedną tylko dziurką. Na imię miał Dadrim i podobno pochodził z ciemnej strony Księżyca. Opowiedział on mojemu dziadkowi historię o tym, jak jego gatunek prowadzi tam od wieków kopalnię Smutków i Zmartwień. Nie lubią ludzi, więc do każdego deszczu na Ziemi dorzucają Pyłek Złych Humorów. Dadrim, miał dobre serducho i jak tylko się o tym dowiedział, postanowił pomóc ludziom. Gdy nadszedł dzień jego emerytury, żeby nie wzbudzać podejrzeń, udał że wybiera się do cudownej krainy na zasłużony odpoczynek, ale zamiast tego spadł z kosmicznym deszczem na Ziemię. Przed odejściem, zostawił swojemu synowi złoty kilof. Nie mógł mu zdradzić tajemnicy, którą odkrył, żeby Wódz Aladrim się nie dowiedział. Zaczarował więc kilof w taki sposób, że gdy trzymana go osoba uderzy nim sto razy w księżycową skałę, teleportuje się od razu z kosmicznym deszczem na Ziemię. Dodatkowo, cała tajemnica kopalni zostanie podczas lotu zapisana w jego głowie. Dadrim zanim odszedł, zdradził mojemu dziadkowi tajemnicę, w jaki sposób uchronić się przed złym humorem podczas deszczu, ale opowiem Ci o tym po obiedzie…

V

Raz, dwa, trzy starym kilofem machasz Ty,

Cztery, pięć, sześć, nie mogę już tej pracy znieść…

Śpiewał tak sobie Midrim pod nosem z jedną dziurką, miarowo uderzając swoim złotym kilofem w ścianę. Zaczął liczyć uderzenia, żeby się na czymś skupić i nie myśleć o rozbitej ramce…

Dziewięćdziesiąt pięć, dziewięćdziesiąt sześć, dziewięćdziesiąt siedem, nie mam przyjaciół i jestem tu sam jak palec jeden,

Dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć, sto…

  • … ooooo – słychać było w atmosferze tylko głośny krzyk Modrima spadającego z magicznym, kosmicznym deszczem na Ziemie. Nie wypuścił jednak z dłoni złotego kilofa, który czarodziejsko, zaczął wprowadzać do jego malutkiej, owłosionej głowy, zakodowaną w nim tajemnicę Księżycowej Kopalni.

VI

Był ciepły, letni wieczór. Delikatny zefirek wywoływał lekką gęsią skórkę na rękach Zosi. Coś wisiało w powietrzu. Przez cieniutkie chmury widać było księżyc i gwiazdy, ale na ciele czuło się jakby rosę spadającą z gwieździstego nieba. Zosia czuła się dzisiaj dziwnie podekscytowana siedząc na swoim balkonie. Nie wiedziała jednak co wywołuje w niej takie emocje. Otworzyła usta, aby wziąć łyk ciepłego, słodkiego kakao aż tu nagle…

  • ekhe, ekhe – Zosia krztusiła się, ale nie trzymanym w ręku napojem, lecz czymś co wpadło jej do gardła z powietrza. Sięgnęła odruchowo po kakao, żeby przepłukać gardło gdy nagle, usłyszała dziwny okrzyk, dochodzący jakby zza jej ostatniego zęba trzonowego…

  • niieee, proszę nie rób tego! Już wychodzę. – krzyczał Midrim, trzymając się kurczowo zęba Zosi.

Midrim przebiegł szybko po zębach, aż do ust, po czym zwinnym ruchem, wskoczył na wystającą z kubka słomkę.

  • Cześć, jestem Midrim. A ty? – przedstawił się mały włochaty jegomość

Zosia tak się przestraszyła, że wrzuciła kubek z rąk, odsunęła swój wózek inwalidzki najdalej jak się dało i krzyknęła głośno:

  • Baaabciuuuu, pomocy! Jakiś robal do mnie rozmawia!

Babcia zaalarmowana krzykiem, przybiegła co sił w schorowanych nogach, trzymając w rękach wałek – tak w razie czego.

  • Co się stało wnusiu, gdzie ten robal? – zapytała rozglądając się czujnie.

  • Tam, chyba ciągle siedzi na słomce. – odpowiedziała ciągle przerażona Zosia.

Babcia spojrzała na rozlane kakao, rozbite, leżące wszędzie szkło i niebieską słomkę na której siedział mały robaczek podpierając swoją głowę na czymś co wyglądało jak miniaturowy kilof ze złota. Babcia podeszła bliżej, żeby lepiej widzieć. W tym pośpiechu nie założyła swoich okularów i sama nie było pewna na co patrzy. Wałek cały czas trzymała przed sobą w pogotowiu.

  • Dzień dobry Pani – odrzekł Midrim. – Podobno mój tata znał się z Pani dziadkiem, miło Panią poznać, jestem Midrim.

Babcia najpierw odskoczyła na kilka centymetrów, nie spuszczając włochatego przybysza z oczu. Potem wróciła na miejsce, z którego zaczęła swoje obserwacje.

  • Słyszałam opowieści o Was, ale myślałam, że to tylko legenda. Taka historia, którą opowiada się dzieciom jak się nudzą.

  • TA TAM! A jednak tu jestem – odpowiedział z uśmiechem Midrim. Sam do końca nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze chwilę temu pracowałem w naszej kopalni a tu BACH, TRACH, BUM i wylądowałem w buzi Pani wnuczki. Wszystko jednak już rozumiem dzięki złotemu kilofowi, który zostawił mi mój ojciec. Przybyłem, aby Zosia znów polubiła deszcz i nauczyła się unikać smutków i zmartwień z naszej kopalni.

  • To nie możliwe! – krzyknęła Zosia przysuwając się trochę bliżej, ale ciągle zachowując bezpieczną odległość.

  • Posłuchaj mnie zatem uważnie – stwierdził Midrim – Nasze smutki i zmartwienia, najczęściej spadają na Ziemie razem z deszczem. Padają gdzie popadnie, losowo. Jest jednak kilka rzeczy, które potrafią je rozpuścić:

        1. Światło – gdy czujesz przygnębienie i smutek włącz ile tylko świateł masz w domu. Lampki, latarki, świeczki i tak dalej. Im więcej tym lepiej.

        2. Ruch – najbardziej go chyba nie lubią spadające z nieba smutki, bo w ruchomy cel trudniej trafić. Ubierz się odpowiednio i wyjdź na spacer, albo wstań i zrób sto kroków po domu, albo dwadzieścia przysiadów, albo podnoś jakieś ciężarki. W sumie może to być cokolwiek co spowoduje szybsze krążenie krwi. W Twoim przypadku Zosiu, wykonuj jak najczęściej swoje ćwiczenia rehabilitacyjne, albo pojeździj chwilę wózkiem szybko wokół pokoju.

        3. Muzyka – zmartwienia nienawidzą głośnej, szybkiej muzyki. Weź słuchawki, albo jeśli inni domownicy się zgodzą, ustaw wskaźnik głośności na maksa i włącz jakąś ulubioną piosenkę, albo dwie, albo i nawet 102. Właczaj je do czasu jak poczujesz przypływ dobrego humoru.

  • Można też łączyć wszystkie te sposoby naraz – kontynuował Midrim. – a wtedy efekt będzie murowany.

  • Dodatkowo – włączyła się do rozmowy babcia – wspominałam Ci tydzień temu, po obiedzie, inne sposoby na nudę i smutki podczas deszczu.

  • Tak, tak pamiętam. – skomentowała już trochę spokojniejsza Zosia. – Książki, puzzle, farbki albo gry planszowe. Bo gdy skupimy myśli na jakimś zajęciu, nie mamy miejsca w głowie, żeby się zamartwiać.

VII

Zosia, Babcia i Midrim jeszcze długo rozmawiali na balkonie. Midrim opowiadał o kopalni po ciemnej stronie księżyca, o swoim przyjacielu Jodrimie, o wielkim Wodzu Aladrimie i całej podróży na Ziemię. Dowiedział się też wielu ciekawych rzeczy o swoim ojcu, które Babcia pamiętała z opowieści dziadka. Zosia również dołączyła się i opowiedziała historię jak dała się namówić na skok do wody, pomimo złego przeczucia i obietnicy danej rodzicom.

Midrim został już stałym gościem w domu Zosi. Ćwiczyli codziennie. Motywowali i wpierali się nawzajem. Podczas deszczu śpiewali przy głośnej muzyce, podróżowali do różnych nowych, magicznych krain czytając całą masę przygodowych książek oraz grali z babcia w gry planszowe. Midrim zabierał się również na co tygodniowy spacer, siedząc ukryty we włosach dziewczynki. Po roku ciężkiej pracy i ćwiczeń Zosia zaczęła stawiać pierwsze kroki i wszyscy żyli długo i szczęśliwie…unikając spadających smutków i zmartwień oczywiście.

 

Teraz weź kartkę i narysuj swoje największe marzenie.

Im dokładniej je sobie wyobrazisz, tym łatwiej będzie Ci je spełnić.

Jeśli dodatkowo chcesz, aby znalazło się ono z Twoim imieniem na mojej fejsbukowej ścianie, wyślij zdjęcie rysunku na adres info@bajkowytata.com 🙂