(4-10 lat) Tajemniczy dąb stojący na polanie, małomówny wujaszek stroniący od ludzi i ciekawskie rodzeństwo z psem. Historia pełna przygód, zagadek, emocji i niespodzianek. Na dodatek, wszystko to dzieje się w miasteczku o smakowitej nazwie – Kruche Ciasteczko.
 
 

  WPROWADZENIE

Lato 1990 roku. Zamierzchłe czasy bez internetów, twiterów, smartfonów i innych fejsbuków gdzie rozmowa znaczyła spotkanie a zabawa konieczność wyjścia z domu i spotkania kolegów z pobliskich mieszkań. Okolice Kruchego Ciasteczka. Miasteczka w którym mieszkało dwa tysiące siedemnaście osób, w tym Zosia i Tymek – najbardziej ciekawskie szkraby w okolicy – dwadzieścia jeden psów, piętnaście kotów, pięć i pół myszy (jedna właśnie została złapana przez jednego z kotów i może już niedługo nie wliczać się w statystyki)Do tego, niezliczona ilość zwierząt gospodarskich oraz Stary Wujaszek Fryderyk, który powinien być wliczany w obecną ilość mieszkańców, jednak niektórzy uważają, że długo z nami nie pobędzie. Od wielu lat do nikogo się nie odezwał, siedzi tylko na werandzie swojego małego, drewnianego domku z czerwonym dachem, po zachodniej stronie miasteczka, popijając kefir i patrząc się na horyzont. Dodatkowo, nikt tak na prawdę nie wie ile on na ma lat. Wygląda  na dwieście…ale to przecież niemożliwe.

Miasto zostało tak nazwane przez pierwszych założycieli, około sto pięćdziesiąt lat temu, kiedy  zobaczyli, jak wyglądają granice tego obszaru na pierwszych mapach. Na początku nie było tu nic. Wielka otwarta przestrzeń, poprzecinana małymi pagórkami. Na zachodzie rozciągały się pola zboża, aż po sam horyzont. Na wschodzie przepływał mały zimny strumyk, pod starym, gęstym iglastym lasem, wiodący przez całą krainę, od Śnieżnych Gór na dalekiej północy do Bezkresnego Morza na południu. Pierwsi osadnicy przybyli tutaj w roku około 1840 w poszukiwaniu spokoju i bliskości z naturą. Mieszkali w dużej metropolii, oddalonej o dzień marszu od Kruchego Ciasteczka, jednak mieszkanie tam stało się męczarnią. Tłumy ludzi przetaczały się przez miasto dzień w dzień w poszukiwaniu pracy. Zwierzęta gospodarskie załatwiały swoje, niekonieczne pięknie pachnące potrzeby gdzie popadnie, a wieczorami strach było wyjść na ulicę ponieważ szalały bandy nastolatków, których rozsadzała energia od zbyt dużej ilości cukru zjedzonego w okolicznych cukierniach.
Pierwsi mieszkańcy, a było ich dwudziestu jeden, budowali swoje domy z materiałów, które oferowała okoliczna przyroda. Wszystkie budowle powstały z drewna znalezionego w okolicznych lasach, oraz błota pochodzącego z Zimnej Rzeki na wschodzie. Pierwszym domem jaki powstał, był ten z czerwonym dachem, w którym obecnie mieszka Stary Wujaszek Fryderyk. W niedługim czasie, miasteczko rozrosło się do obecnych rozmiarów, ponieważ każdy kto tędy przejeżdżał, lub zagubił się w drodze, widząc piękno otaczającej przyrody, nie chciał opuszczać tego miejsca. Każdy był tu mile widziany jeśli dostosował się do jedynego panującego tu prawa „Traktuj Naturę jak własną mamę, z szacunkiem i miłością, a ona odpłaci Ci się po stokroć.” Mieszkańcy mieli też jedną, najważniejszą tradycję. Co roku, od powstania miasteczka, w centralnym punkcie miasta urządzali wielki dwudniowy festyn, aby uczcić założenie osady, jak również aby podziękować naturze, że im pomaga każdego dnia, zapewniając materiały do budowy oraz wyżywienie dla mieszkańców.

ROZDZIAŁ PIERWSZY
 

Po zachodniej stronie miasta dwójka ciekawskich szkrabów urządziła sobie wyścigi.
Nigdy nie wypuszczali się tak daleko poza miasteczko. Stanęli, żeby odpocząć po wyczerpującym biegu. Żółta przestrzeń letnich łanów zboża rozciągała się aż po horyzont. Delikatny zefirek muskał delikatnie każde źdźbło traw, wyglądając jakby cała ziemia falowała, niczym rozciągający się przed nimi ocean roślinności. W samym środku stało ono –  ogromne drzewo. Słyszeli o nim historie od starszych kolegów, ale nigdy nie mogli sami oddalać się aż tak bardzo od domu, a ich rodzice byli ciągle za bardzo zajęci pracą, żeby ich tu zabrać. Zapierało dech w piersi swoją wielkością, rozłożystością i magicznością. Było o wiele bardziej zadziwiające i przerażające zarazem niż opowiadali koledzy. Chwilę stali w ciszy, zastanawiali się ile może mieć lat i skąd się tu wzięło. Było ogromne jak dom, w którym mieszkają, który ma dwa piętra i poddasze. Rozpiętość jego gałęzi może równać się z szerokością samolotu pasażerskiego. Plotka w miasteczku głosi, że posadził je tutaj jeden z pierwszych mieszkańców Kruchego Ciasteczka ponad dwieście lat temu i od tego czasu roznosi się wokół niego magiczna, niewytłumaczalna aura. Mieszkańcy twierdzą, że przebywając w pobliżu drzewa wystarczająco długo, wpada się na genialne pomysły, a życzenia które wypisze się w jego wnętrzu, na starej korze, spełniają się w przeciągu jednego roku. Dlatego też część dorosłych, wierzących plotkom, ale nie przyznających się do tego sąsiadom, oraz starsza młodzież często przychodzi tu kiedy jest piękna słoneczna pogoda jak dziś, aby porozmyślać, urządzić piknik czy powspinać się. Kiedy Zosia odzyskała normalny oddech powiedziała do Tymka:
– Może podejdziemy bliżej?
– Sam, nie wiem, nigdy nie byliśmy tak daleko od domu, może najpierw zapytajmy mamy? – odpowiedział Tymek.
Ledwo zdążył skończyć słowo mama, Zosia była już w połowie drogi do drzewa. Nie zastanawiając się dłużej, brat zaczął biec za siostrą.

ROZDZIAŁ DRUGI
 
          Tymczasem, na głównym placu odbywały się przygotowania do corocznych uroczystości z okazji założenia miasteczka, które miały odbyć się w następnym weekend. W tym roku obchody są szczególne, ponieważ miasto obchodzi sto pięćdziesiąte urodziny. Ten rok będzie wyjątkowy.
Rodzice Tymka i Zosi są jedną z rodzin, potomków założycieli osady. W tym roku podjęli się bardzo odpowiedzialnego zadania, wystrzelenia sztucznych ogni podczas finału festynu. Zwykle sztuczne ognie odpalane są tylko w Nowy Rok – i to symbolicznie, ponieważ zwierzęta się bardzo denerwują od powodowanego wystrzałami hałasu – jednak z okazji tak okrągłych urodzin mieszkańcy zgodzili się na ten wyjątek. W związku z przygotowaniami do imprezy, praktycznie wszyscy dorośli są bardzo zajęci. Dodatkowo muszą też pracować w polu, na farmach czy polując w poszukiwaniu pożywienia. Każdy mieszkaniec, który ukończy szesnaście lat decyduje się jak chciałby pracować, aby pomagać społeczności. Nikt za swoją pracę nie dostaję pieniędzy jak w wielkiej Metropolii. Tutaj panuje zasada „wszyscy pomagają sobie nawzajem” a jeśli czegoś potrzebujesz od drugiej osoby, zaoferuj jej swoją pracę albo przynieś coś na wymianę.
Dzieci, których jest w miasteczku pięćset dziewiętnaście, mają na szczęście wakacje i jeśli akurat nie pomagają w przygotowaniach, biegają po okolicy skacząc, śpiewając i ogólnie niosąc pozytywną energię każdemu kogo spotkają po drodze. Wszyscy, którzy nie ukończyli jeszcze szesnastego roku życia, mogą poruszać się bez nadzoru gdzie tylko chcą w obrębie miasteczka, pod warunkiem, że w grupie będzie co najmniej jedna osoba mająca 10 lat lub więcej, albo odległość na jaką dane dziecko odejdzie nie będzie większa niż słyszalny krzyk jego rodzica – przywołujący zwykle dzieci na posiłek czy porę spania. Dzieci miały jednie zakaz wchodzenia na Iglastego Lasu, zaraz za Zimną Rzeką, oraz odwiedzania Starego Dębu, w polu zboża na zachodzie miasteczka, bez opieki osoby dorosłej.

ROZDZIAŁ TRZECI
 
          Zosia, zziajana dobiega pierwsza do drzewa i przystaje pod samym pniem spoglądając w górę. Po krótkiej chwili obok niej staje również zasapany Tymek.
– To…to…to jest….niesamowite! – krzyknęła Zosia
– Aaale co? na razie widzę tylko ptaszki, które latają wokół mojej głowy, ze zmęczenia po tym biegu. Wiem siostra, że jesteś szybsza, bo jesteś dwa lata starsza, ale nie zostawiaj mnie tak więcej, proszę. – odpowiedział Tymek
– Spójrz w górę, rozejrzyj się, co widzisz braciszku?
– Yyyy…widzę…drzewo.
– Tylko tyle? – zapytała poirytowana Zosia
– No dobrze widzę…bardzo duże drzewo z liśćmi. – zakomunikował Tymek z uśmiechem.
– To drzewo, to czyjaś historia, czyjeś marzenia. Zobacz ile tu wyrytych inicjałów, ile zawieszonych sznurów do bujania się. Poza tym jest ogromne, większe od naszego domu. Pierwszy raz spotykam takie wielkie, a już wiele drzew w swoim siedmioletnim życiu widziałam. Tam chyba nawet widzę wejście do środka. Chodź za mną, szybko.
Tymek spojrzał na siostrę ze zdziwieniem ale i przepełniającą go coraz bardziej ciekawością i poszedł za siostrą. Weszli w szczelinę w pniu drzewa. W środku panowała ciemność, przebijana jedynie promyczkami słońca wpadającego przez nieliczne, mniejsze otwory znajdujące się nad wejściem, ale ciągnące się  aż na sam szczyt, prawie do samej korony drzewa. Miejsce w którym się znaleźli było wielkości ich przedpokoju, choć z zewnątrz wyglądało, że będzie tu więcej miejsca. Na oko mogło się tam pomieścić sześciu dorosłych albo około dziesięcioro dzieci. Podłoga poprzecinana była wystającymi korzeniami, mchem, starą korą i ziemią czarną jak węgiel. Na ścianach, kiedy wzrok się już przyzwyczaił do ciemności, można była zauważyć wyryte jakimś ostrym narzędziem życzenia do Magicznego Drzewa. Ludzie prosili głównie o szczęście, miłość, czy powodzenie w szkole ale były też prośby o cukierki czy nowe zabawki.
– Nadal widzisz tu tylko drzewo braciszku? – zapytała Zosia
– No doobra, teraz widzę co miałaś na myśli. Tu na prawdę jest niesamowicie. Mama nie uwierzy jak jej wszystko jej opowiem. – stwierdził Tymek
– Ani mi się waż! Jak mama się dowie, że przyszliśmy tu sami to będziemy mięli szlaban na miesiąc. Możesz opowiedzieć wszystko Bankiemu, albo lepiej, weźmiemy naszą psinę następnym razem z nami. On tak uwielbia spacery. Musi to pozostać naszą tajemnicą, rozumiesz?
– Jasne, rozumiem. Wiesz tylko, że ja nie lubię kłamać. Mama mówi, że to bardzo złe i lepsza brzydka prawda niż ładne kłamstwo.
– To nie kłam, po prostu pozwól mi mówić jak się mama zapyta co dziś robiliśmy. Zresztą rodzice są teraz zajęci przygotowaniami do festynu za tydzień, więc nie będą się dużo pytać.
Tymek nie był zadowolony, przytaknął tylko siostrze i wyszli na zewnątrz. – Już słońce zachodzi. Musimy wracać, żeby nikt się nie zorientował. Przyjdziemy tu jutro z samego rana. Zabierzemy też Bankiego i coś do jedzenia – zakomunikowała Zosia i pobiegli do domu.
ROZDZIAŁ CZWARTY
 
          Do festynu zostało sześć dni. Dzisiaj, w domu Zosi i Tymka, jak to zawsze w niedzielę, wszyscy ubierają się w najładniejsze ubrania i jedzą razem wspólne śniadanie – jajecznicę z szynką. Zosia ubrała swoją ukochaną bluzkę z kołnierzykiem w czerwono-biało-zielone paski, czerwone krótkie spodenki i sandały, a Tymek, żeby upodobnić się do siostry założył bluzkę w granatowo-biało-żółte paski, granatowo-białe krótkie spodenki i również sandały. Rodzice przygotowali śniadanie i wszyscy zasiedli do stołu.
– Wczoraj chyba wyjątkowo dobrze się bawiliście Tymku, bo wróciliście później niż zwykle?! – zapytała mama
Tymek zdenerwowany spojrzał na Zosię, a ta odpowiedziała bez wahania:
– Tak, mamo, biegaliśmy po cały miasteczku, bawiliśmy się w chowanego i berką. To był na prawdę super dzień.
– Cieszę się, że umiecie się razem bawić, nie kłócicie się i wymyślacie sobie atrakcje. Przepraszam was, że teraz mniej czasu wam poświęcamy z tatą, ale wiecie, że przygotowujemy festyn i do tego jest dużo pracy w gospodarstwie. Obiecuję, że zaraz po festynie wrócimy do naszych codziennych gier i zabaw.
– Rozumiem mamuś, nie przejmuj się, poradzimy sobie.
Wszyscy zjedli ze smakiem. Nawet Banki dostał kilka kawałków szynki pod stołem od Tymka, kiedy nikt nie patrzył. Dzieci sprzątnęły ze stołu, pozmywały naczynia i już rodzice mięli wychodzić do pracy kiedy Zosia zatrzymała mamę żeby jej coś powiedzieć:
– Mamusiu, chcemy się dzisiaj bawić w poszukiwanie skarbów, Tymek narysował mapę, ja wzięłam latarkę i kompas, umówiliśmy się też z innymi dziećmi, nie chcielibyśmy się spieszyć i przerywać zabawy bo będzie czas na obiad. Zrobiłabyś nam jakieś kanapki? Tylko ten jeden raz. Wrócimy za to dzisiaj wcześniej niż wczoraj, żebyś się nie martwiła. Co? Proszę, proszę, proszę!

Mama spojrzała na Zosię. Zastanowiła się chwilę. Wiedziała, że zawsze w niedzielę przygotuje specjalny obiad i chce, żeby cała rodzina chociaż w jeden dzień w tygodniu zjadła spokojnie razem, ale wiedziała też, że ma bardzo dużo pracy. Uśmiechnęła się tylko i powiedziała – To z czym chcecie te kanapki? Tylko zjedzcie też owoce i warzywa, które wam zapakuje. – Dobrze mamo, jesteś najlepsza, kocham Cię – odpowiedziała Zosia. Po czym rodzice wyszli do pracy. Tymek zapakował wszystkie potrzebne rzeczy do swojego plecaka i razem z siostrą ruszyli w stronę Magicznego Drzewa.

ROZDZIAŁ PIĄTY
 
          Stary Wujaszek Fryderyk siedział jak co dzień na swojej werandzie popijając ulubiony kefir. Na  krótkich, siwych włosach zawsze nosił czerwoną czapkę z daszkiem. Niezależnie od dnia tygodnia ubierał, porządnie wyprasowaną, koszulę którą wkładał w niebieskie wytarte dżinsy a do tego czerwone trampki z czarnymi sznurowadłami. Wyglądał przez to elegancko i luźno za razem, jednak zawsze czysto i schludnie. Bujał się w fotelu, który własnoręcznie wykonał kilkadziesiąt lat temu. Był on zrobiony z solidnego, dębowego drewna, które jednak przez upływ czasu zaczęło już trochę skrzypieć. Dźwięk był tak charakterystyczny i donośny, że już z daleka było wiadomo czy Wujaszek jest w domu. Wszyscy nazywali go Wujaszkiem, ponieważ kiedy jeszcze był w lepszym zdrowiu, pomagał każdemu kto tej pomocy potrzebował. Umiał wszystko naprawić, od zepsutej rury, przez radio, do napraw stolarskich, które uwielbiał najbardziej. Praca z drewnem była też jego pasją i wykonywał różne cuda – w tym meble – w wolnym czasie. Można powiedzieć, że był członkiem każdej rodziny, która postanowiła się tu osiedlić. Sam niestety nigdy nie założył własnej. Kochał za to koty, których chyba miał  z siedem. Przez ostatnie kilka lat, przestał wychodzić z domu i praktycznie z nikim się nie spotykał. Mieszkańcy, którzy go znali i szanowali przywozili mu codziennie potrzebne rzeczy, jedzenie i opał do kominka jednak nikomu nie udało się wyciągnąć Fryderyka z domu. Nawet porozmawiać z nim było ciężko. Zwykle rozmowa polegała na powiedzeniu dzień dobry i do widzenia. Najlepszą rozrywką i odprężeniem dla Fryderyka było wpatrywanie się w krajobraz ze swojej werandy. Widok miał niesamowity. W pogodny dzień, kiedy widoczność była na wiele kilometrów, mógł dostrzec ośnieżone szczyty gór na dalekiej północy. Najbardziej jednak kochał wpatrywać się w falujące zboże, na wprost jego domu, pośrodku którego stało wielkie, wiekowe drzewo. Widok zmieniały jedynie różne chmury przetaczające się po niebie. Dzisiaj jednak coś przykuło uwagę Fryderyka. Pomimo wieku wzrok miał sokoli i zauważył zupełnie odmienne ruchy zboża, jakby ktoś się przeciskał przez nie, chcąc dojść od drogi aż do środka w którym stało drzewo. Często przychodzą tu większe grupy dzieci z rodzicami na piknik, czy żeby zapisać życzenie na drzewie, ale tym razem było w tym coś dziwnego. Nie słyszał dorosłych, nie zauważył samochodów zaparkowanych przy drodze. Wiedział też, że teraz wszyscy mają dużo pracy przed festynem, a mniejsze dzieci mają zakaz przychodzenia tu bez nadzoru. Postanowił to sprawdzić. Wstał ze swojego skrzypiącego fotela i skierował się w kierunku pola.

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY
 
          Zosia z Tymkiem dobiegli w końcu do Magicznego Drzewa. Mogliby spokojnie dojść tutaj spacerem, ale nie mogli się doczekać kiedy znów tu będą. Rozłożyli koc zaraz przy wejściu do pnia, a na nim wszystko co zapakowali: kanapki, latarkę, długi sznurek, kompas, lornetkę i oczywiście różne owoce i warzywa, które zapakowała mama.
Zosia po zjedzeniu swojej porcji, wypatrzyła kilka niższych gałęzi i od razu zaczęła się wspinać. Kiedy weszła już dość wysoko mogła dostrzec prawie całe Kruche Ciasteczko na wschód od nich, Śnieżne Góry na północy oraz…co ją bardzo zdziwiło, wierzchołki wieżowców Metropolii na dalekim zachodzie. Nigdy nie była w dużym mieście, nigdy też jej tam nie ciągnęło, jednak kiedy patrzała na te wieżowce przeszedł ją dziwny, zimny dreszcz i poczuła niepokój w serduszku. W tym samym momencie, drzewo jakby wyczuło jej emocje i zaczęło kołysać gałęziami. O mały włos straciłaby równowagę. Jednak chodzenia po drzewach uczyła się od najmłodszych lat, była w tym mistrzynią i jedynie mocne trzymanie pobliskiej gałęzi uchroniło ją przed bolesnym upadkiem.
– Siostra, co Ty tam robisz? Gdzie ty w ogóle jesteś bo Cię nie widzę między tymi gęstymi liśćmi? – krzyknął zmartwiony Tymek.
– Nic mi nie jest, tutaj jestem – pomachała z wysoka Zośka
– Piękny stąd widok wiesz?! Może wejdziesz do mnie na górę?
– Nie dzięki, wole szukać skarbów w ziemi, potem mi opowiesz co widziałaś – odpowiedział Tymek.
Zosia ponownie schowała się w gąszczu liści. Bała się wchodzić wyżej ponieważ na każdym kolejnym poziomie, były już cieńsze gałęzie i pomimo swojej małej wagi, w końcu któraś gałąź może  jej nie utrzymać i złamie się – co byłoby bardzo bolesnym doświadczeniem.
          Zaledwie dwie gałęzie dalej Zośka zobaczyła coś bardzo ciekawego. Po przeskoczeniu w dane miejsce ukazało się jej gniazdo, w którym pięć szarych ptaszków wykluwało się ze właśnie ze skorupek. Nie widziała nigdzie ich mamy, więc pewnie poleciała zdobyć pożywienie dla swoich dzieci. Zosia nigdy wcześniej nie widziała takich ptaków. Postanowiła zapamiętać dokładnie jak wyglądają i jakie mają skorupki, żeby potem w domu sprawdzić co to za gatunek. Zeszła następnie do Tymka, aby opowiedzieć mu co widziała.
          Tymek zajęty był kopaniem w ziemi w poszukiwaniu jakiegoś skarbu. Niestety poza kilkoma ładnymi kamieniami, dżdżownicami i starą kością od kurczaka nic nie znalazł. Banki za to się ucieszył, bo kość była dla niego największym skarbem i przysmakiem więc od razu zabrał się za jej gryzienie. Jak Tymek usłyszał o malutkich ptaszkach, od razu chciał wejść je zobaczyć, jednak nie był jeszcze tak dobry w chodzeniu po drzewach jak jego siostra.  Wielkość drzewa i wysokość na jaką musiałby wejść dodatkowo go przerażała. Poprosił jednak siostrę, aby dokładnie z najdrobniejszymi szczegółami, wszystko mu opowiedziała i na razie musiało mu to wystarczyć.
Po wyczerpującej zabawie postanowili się trochę zdrzemnąć.
          Świerze powietrze i dużo ruchu spowodowało, że obudzili się dopiero jak słońce mocno już zachodziło za horyzontem. Spaliby pewnie dalej jednak obudziło ich szczekanie Bankiego, zwróconego w kierunku chaty z czerwonym dachem w oddali. Nie zobaczyli nic poprzez wysokie łany zboża, jednak późna pora i dziwne zachowanie ich zaufanego towarzysza spowodowała, że szybko spakowali swoje rzeczy i pobiegli do domu.
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY
 
– Uff – odsapnął z ulgą Fryderyk
– Muszę trzymać większy dystans, bo inaczej ten pies zdradzi moje położenie. Na razie dzieciaki nie robią mojemu kochanemu drzewu nic złego, ale na wszelki wypadek poobserwuje ich jeszcze kilka dni. Potem już tylko będę wykorzystywał moją lornetkę patrząc z werandy.
Następnego dnia Wujaszek pierwszy raz od wielu lat poszedł sam to centrum Kruchego Ciasteczka. Chciał zobaczyć jak idą przygotowania do festynu. Wiedział też, że w ferworze przygotowań nikt nie zwróci na niego większej uwagi.
          Plac na którym miały odbywać się sto pięćdziesiąte urodziny miasteczka był zajęty przez drewniane konstrukcje, które przerodzą się potem w stragany z różnymi lokalnymi produktami i wyrobami. Na środku placu powstawała scena, na której wystąpi zespół muzyczny stworzony przez szkolną młodzież. Okoliczne domy i drzewa zaczynały wyglądać jak choinki w Boże Narodzenie, gdyż mieszkańcy zaczęli stroić je w mnóstwo święcących, kolorowych lampek.
         Fryderyk ucieszył się. Pomimo tego, że nie może już pomagać w przygotowaniach, wszystko idzie sprawnie i szybko, a ludzie nadal cieszą się z organizowania tak podniosłej imprezy. Nie chciał za długo przebywać wśród ludzi, ponieważ chciał uniknąć męczących go już pytań co u niego, jak się czuje, czy czegoś mu nie trzeba. W jego wieku potrzeba mu już tylko ciszy spokoju i….znalezienia następcy. Następcy zapytacie?! Wiele, wiele lat temu Wujaszek podjął się bardzo ważnego zadania. Przysiągł, na wszystko co posiada, że dotrzyma obietnicy. Możliwe, że już znalazł swojego poplecznika…musi się tylko jeszcze upewnić. Z uśmiechem na twarzy, udał się do swojej chatki z czerwonym dachem na popołudniową drzemkę.
 
ROZDZIAŁ ÓSMY
 
          Z samego rana, po śniadaniu, kiedy tylko rodzice wyszli do pracy, Zosia odnalazła w domowej biblioteczce książkę o ptakach, którą kiedyś pokazywał jej tata. Była bardzo ciężka i zawierała chyba wszystkie możliwe gatunki. Zosia z pomocą brata przeniosła ją na kuchenny stół i zaczęli szukać. Tymek nie wiedział czego szuka, jednak widać było, że stara się wesprzeć siostrę w poszukiwaniach.
Po kilkunastu minutach i przejrzeniu połowy książki:
– No ile można szukać, już mnie ręce bolą od przewracania stron – powiedział Tymek
– Ten nie, ten też nie…ooo ten…jednak nie, dzióbek ma inny. – odrzekła zasmucona Zosia
– Idę zapakować plecak na naszą codzienną wyprawę do Magicznego Drzewa. Jak znajdziesz, to mnie zawołaj.
Tymek ledwo zdążył wyjść z kuchni kiedy usłyszał krzyk siostry.
– Mam, Tymek mam, znalazłam, to na pewno ten.
Tymek przybiegł ile sił w nogach.
– Eee i tym się wczoraj tak zachwycałaś? Zwykły mały, szary ptaszek, podobny do wróbelka.
– Może i wygląda zwyczajnie ale posłuchaj co o nim piszą. „Pospolitek zwyczajny – gatunek z rodzaju wróbelkowatych. Do czasu usamodzielnienia, wygląda niewinnie i szaro jednak kiedy wylatują pierwszy raz z gniazda, w słoneczny dzień, ich upierzenie, od promieni słonecznych, zmienia się z szarego w tęczowe, lśniące wszystkimi kolorami na raz. Potrafią pięknie śpiewać. Ich głos ma tak delikatną barwę, że usypia słuchających w kilka sekund. Odkryto go w 1799 roku w Zachodniej Przełęczy. Znaleziono ich tylko kilka sztuk na świecie, dlatego ten gatunek został objęty ścisłą ochroną i każde naruszenie gniazda, czy próba przeniesienia jaj może się skończyć wysoką karą grzywny lub nawet więzieniem” – przeczytała uradowana Zosia.
– To już brzmi ciekawie. To chodźmy szybko, póki nasze ptaszki nie wyleciały jeszcze z gniazda. Może uda nam się zobaczyć ich przemianę.
Pobiegli co sił w nogach w swoje ulubione miejsce. Chodzili tam codziennie, aby przyglądać się ptakom, urządzać piknik czy szukać skarbów w ziemi. Wszystko jednak zmieniło się w piątek, dzień przed wielkim festynem.
          Jak zwykle z samego rana pobiegli do Magicznego drzewa. Zosia od razu wspięła się na górę, żeby zobaczyć czy ptaki już przeszły przemianę. Niestety na razie nic się nie zmieniło. Spały twardo jak kamień. Coś ją jednak zaniepokoiło. Od strony Metropolii usłyszała dziwny hałas i kłęby dymu wynurzające się z za horyzontu. Kiedy przeskoczyła na inną gałąź, gdzie miała dużo lepszy obraz sytuacji, widok o mało nie zwalił jej z drzewa. Nadciągał w ich stronę wielki buldożer i trzy ciężarówki z drwalami, wyposażonymi w siekiery i piły. Nie wróżyło do nic dobrego.
– Tymek, jacyś ludzie i ciężarówki tu jadą. Schowaj się lepiej w drzewie i nic nie mów dopóki Ci nie powiem ok? – krzyknęła do brata Zosia
– Dobrze, będę cicho jak mysz pod miotłą, obiecuje – odpowiedział Tymek
          Ciężarówki zaparkowały z piskiem opon niedaleko drzewa, niszcząc przy tym kilka metrów zboża, przez które musieli przejechać żeby tu się dostać. Drwale wyskoczyli z samochodów i zaczęli przyglądać się pniu. Zosia i Tymek byli bardzo zdenerwowani, nie wiedzieli co się dzieje, ale nie odezwali się ani troszeczkę. Z buldożera wyszedł największy z drwali. Miał prawie dwa metry wzrostu i był chyba najsilniejszy z nich wszystkich. Na pewno był ich szefem bo wszyscy się go słuchali i mówili do niego Majster. Zaczął on mówić do swoich pracowników:
– No, panowie, oto ono. Największe drzewo jakie przyjdzie wam w życiu ściąć. Słyszałem o nim tylko plotki ale widzę, że jest jeszcze większe niż ludzie opowiadali. Zajmie nam to trochę pracy, żeby przerobić je na deski, ale przynajmniej starczy na mój dom i może nawet na stodołę. Zabierajcie się więc do pracy.
– Tak, jest szefie – odpowiedzieli wszyscy chórem
Zosią przerażona skrywała się nadal w liściach. Wiedziała jednak, że jeśli nic nie zrobi zaraz może utracić swoje ukochane drzewo, swoją kryjówkę i miejsce zabaw, o bezcennych ptakach nie wspominając. Wyszła z za gałęzi i krzyknęła z całych sił:
– Tymek, Banki, biegiem sprowadźcie tatę SZYBKO! A wy tam na dole, ani mi się ważcie tknąć mojego drzewa bo pożałujecie!
Tymek wyleciał z pnia jak z procy i zanim drwale się zorientowali co się stało, byli już z Bankim na drodze prowadzącej do miasteczka.
– Hahaha, a co to było moja Panno. Nie chcemy nikomu zrobić krzywdy, potrzebujemy tylko drewna do budowy domu, zejdź proszę do nas to porozmawiamy spokojnie – stwierdził Majster
– Ani mi się śni. Możecie sobie wycinać ile drzew chcecie po drugiej stronie Zimnej Rzeki. Mamy ich tam pełno, ale tego drzewa nie pozwolę wam ruszyć. Jak będzie trzeba, zbuduję tu sobie domek i nigdy nie zejdę.
Majster uśmiechnął się tylko, spojrzał na pracowników którzy też nie mogli uwierzyć w to co się dzieje i powiedział:
– Dobrze Panienko, będziemy musieli Cię w takim razie zdjąć siłą. Stefan, Zdzisiek wejdźcie na górę i ściągnijcie dziewczynę na dół, tylko delikatnie.
Kiedy drwale złapali się najniższych gałęzi, drzewo zatrzęsło się całe, i pomimo braku wiatru, poruszyło gałęziami tak mocno, że Stefan dostał w twarz a Zdzisiek w żebro i obaj odsunęli się posiniaczeni.
– Co to ma być do jasnej ciasnej – krzyknął Majster
– Jak tak, to będziemy musieli zdjąć Cię droga Panno, ścinając to drzewo u podstaw.
Szef drwali wyjął z buldożera piłę mechaniczną. Odpalił ją z hukiem i przykłada już do pnia kiedy…w momencie zetknięcia piły z drzewem, zamiast wiórów, poleciały w powietrze iskry. Piła zacięła, wydała kilka mechanicznych, metalicznych odgłosów, a następnie rozpadła na kawałki. Pień za to był nie naruszony, nie miał nawet najmniejszej ryski. Majster, był aż cały czerwony z wściekłości.
– Zobaczymy, jak sobie poradzi moja super mocna, ekstremalnie tnąca, nowiutka piła, którą wczoraj kupiłem. Pilnujcie drzewa i dziewczynki, aż wrócę. – krzyknął do pracowników, wziął jedną z ciężarówek i pojechał do Metropolii.
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
 
         Banki wleciał do gospodarstwa szczekając jak oparzony, Tymek zaraz za nim.
– Tato, taato gdzie jesteś?. Ojciec akurat doił krowy i od muczenia nie słyszał wołania syna. Banki jednak miał bardzo dobry węch i od razu wyczuł gdzie ma biec. Wlecieli obaj do zagrody, tak nagle i niespodziewanie, że wszystkie krowy się przestraszyły i jedna, o mały włos, kopnęłaby tatę kopytem w głowę.
– Czy wyście powariowali? Nie można tak wbiegać do zwierząt! Co się stało? – krzyknął tata
– Zośka potrzebuje pomocy, chodź z nami, szybko! – oznajmił Tymek.
Tata bez zastanowienia wstał i pobiegli wszyscy co sił w nogach w kierunku Magicznego drzewa.
 
          Cały ten hałas w polu zboża, zbudził z popołudniowej drzemki Starego Wujaszka Fryderyka i on również postanowił zbliżyć się do drzewa, żeby przyjrzeć się sytuacji.
 
          Tymczasem drwale pod drzewem postanowili odłożyć swoje siekiery w oczekiwaniu na Majstra. Po tym, co spotkało Stefana i Zdziśka, nikt nie odważył się nawet oprzeć o pień drzewa. Rozłożyli tylko swoje kraciaste, flanelowe koszule na ziemi niedaleko i wyjęli termosy z herbatą oraz kanapki na drugie śniadanie.
          Zosia, nadal siedziała na gałęzi niedaleko gniazda Pospolitka. Wtem, nieoczekiwanie, pięć ptaszków zaczęło ruszać się, jakby przygotowywały się do lotu. Najpierw jeden, potem drugi…a za nimi reszta gromadki nieporadnie zbliżyły się do krawędzi. Wszystkie po kolei, rozłożyły swoje delikatne jeszcze skrzydełka i przechyliły za krawędź bezpiecznego gniazdka. Zaczęły szybko pikować w dół. Wyglądało to, jakby miały zaatakować swoimi małymi dziobkami, odpoczywających na dole drwali. Jednak tuż przed uderzeniem w ziemię, rozpostarły swoje skrzydła i wleciały szybko w górę, zmieniając przy tym swoje upierzenie na tęczowe, od promieni oświetlającego, popołudniowego słońca. Zosia miała wrażenie, że grupa malutkich wróżek właśnie wzbiła się w powietrze. Drwale również zobaczyli co się stało i zaczęli obserwować ptaki z podziwem. Pospolitki zaczęły wirować na około drzewa zniżając się co chwilę, aby zatoczyć krąg wokół zebranych na dole ludzi. Przedstawienie było iście magiczne. Po chwili do uszu wszystkich doleciał delikatny i przyjemny dźwięk, który wydobywał się z małych płucek Pospolitków. Wszyscy oniemieli. Nie minęła nawet minuta, a wszyscy Drwale…zasnęli. Tylko Zosia, nie wiedzieć czemu, oparła się chęci zamknięciu powiek, tylko wsłuchiwała się w przepiękną melodię.
          Po kilku minutach od przedstawienia, kiedy drwale twardo już spali, ptaki wróciły do swojego gniazda, aby coś zjeść, a pod drzewem pojawili się równocześnie: Majster, Stary Wujaszek Fryderyk, Tymek, Banki i Tata Zosi.
– Co się tu dzieje do jasnej ciasnej. Zosiu gdzie jesteś? Nic Ci nie jest? – krzyknął Tata
– Miałem zapytać o to samo. – wtrącił Fryderyk
Majster nie zdążył nic powiedzieć, bo Banki podbiegł od razu do niego, wyszczerzył zęby i gdyby nie Tymek, trzymający go za obroże, skoczył by na niego próbując ugryźć.
– Tato, dobrze, że jesteś. Ten duży Pan, z jeszcze większa piłą i te na dole „śpiące królewny” próbowały ściąć moje drzewo. Nie pozwól im na to, proszę! – krzyknęła zdenerwowana Zosia
Tata spojrzał na wszystkich zebranych zaniepokojony. Nie wiedział co dokładnie się dzieje i jak zareagować. Po chwili namysłu jego wzrok zatrzymał się na Majstrze.
– Może Pan mi wytłumaczy co tu się w ogóle dzieje i dlaczego przetrzymujecie bezprawnie moją córkę na tym wielkim drzewie?
– Przyjechaliśmy tu z Metropolii, żeby pozyskać drewno do budowy domu. Słyszeliśmy historie, że rośnie tu jedno tak ogromne drzewo, że wystarczy na dom, stodołę i może coś jeszcze. Dzięki temu nie trzebaby wycinać pół lasu tylko jedno drzewo. Spotkaliśmy tu Pana córkę, która już siedziała na gałęzi. Próbowaliśmy namówić ją dobrowolnie to zejścia ale…
– …ale chcieliście mnie ściągnąć, ścinając całe drzewo od razu, bo kategorycznie zabroniłam Wam go ruszać. – powiedziała Zosia przerywając wypowiedź Majstra.
– To jest nie do pomyślenia. Macie mnóstwo lasów wokół Metropolii, a przyjechaliście po jedno które rośnie u nas? Po drzewo, którego historia sięga prawie dwustu lat, przy którym całe rodziny urządzają pikniki i bawią się piękne letnie dni? Niedoczekanie wasze. – powiedział zdenerwowany Fryderyk.
Wszyscy osłupieli, ponieważ Fryderyk od wielu lat nie odzywał się prawie wcale.
– Dodatkowo znalazłam tu chroniony gatunek Pospolitka Zwyczajnego, który jest pod ochroną, i jak zetniecie to drzewo pójdziecie do więzienia. – dodała Zosia
– To co proponujecie? My nie możemy wrócić bez drewna potrzebnego na budowę, a przez tego parszywego ptaka i Pana córkę nici z naszego wyjazdu tutaj.
– Po ostatniej wichurze, za moim domem, leży kilka ton połamanych drzew, które możecie zabrać. Wystarczy na kilka domów. – oznajmił Frederyk
Majster po dłuższym zastanowieniu zgodził się na przedstawioną ofertę, pobudził drwali – którzy nie wiedzieli co w ogóle się stało – wsiedli do swoich pojazdów i odjechali we wskazane przez Wujaszka miejsce.
          Kiedy niebezpieczeństwo minęło. Zosia zeszła z drzewa i podeszła przytulić swojego Tatę.
– Dziękuje Ci. – powiedziała przez łzy szczęścia
– Dobrze, że nic Ci się nie stało. Wracajmy do domu, będziemy musieli poważnie porozmawiać.
Wujaszku, może pójdziesz z nami? Żona z pewnością przygotuje dla wszystkich pyszną kolację?!
– Czemu nie. – odpowiedział Fryderyk.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy wszyscy razem szli drogą prowadzącą do miasteczka. Po kolacji, dzieci były tak wymęczone dzisiejszymi wrażeniami, że od razu poszły z mamą spać. Przy stole Został tylko Tata i Fryderyk.
– Skąd się tam wziąłeś Wujaszku?
– Moja weranda, jest z widokiem na Magiczne Drzewo, jak dobrze wiesz. Od kilku dniu zauważyłem dwójkę twoich ciekawskich szkrabów urządzających sobie tam pikniki. Nie robili nic złego. Wiedziałem jednak, że dzieci w ich wieku nie mogą przychodzić tu bez nadzoru, więc postanowiłem ich obserwować – tak na wszelki wypadek – i dobrze, że tak postanowiłem.
– Bardzo dobrze, dziękuję Ci bardzo. Może opowiesz mi coś więcej o tym drzewie bo widzę, że dobrze znasz jego historię. – zapytał Tata
– To jest długa historia, a wszystkim nam dzisiaj przyda się odpoczynek.  Do zobaczenia jutro na odpaleniu fajerwerków. – odpowiedział Fryderyk i udał się do swojego małego domku z czerwonym dachem, na obrzeżach Kruchego Ciasteczka.
Tata posprzątał po kolacji i również poszedł do łóżka. – Jutro czeka wszystkich trudna rozmowa i bardzo długi dzień. – pomyślał, zasypiając.
 
ZAKOŃCZENIE
 
         Sobota, dzień festynu. Zosia obudziła się jeszcze przed wschodem słońca. Nie mogła już zasnąć bo martwiła się nadchodzącą rozmową z rodzicami. Wpadła jednak na genialny pomysł. Poszła do pokoju brata.
– Tymek spisz? Tymek, no obudź się w końcu. Chłopak skołowany co się dzieje otworzył nieśmiało jedno oko i jak zobaczył, że jeszcze słonce nie wstało powiedział:
– Zwariowałaś, co się takiego ważnego stało, że budzisz mnie w środku nocy?
– Chodź ze mną.
– Jak ostatnio za tobą poszedłem – a dokładniej to pobiegłem – nie skończyło się to dla nas najlepiej.
– Uwierz mi, nie pożałujesz tym razem – obiecała Zosia.
Poszli razem do kuchni. Wyjęli z lodówki wszystkie składniki na śniadanie i nakryli do stołu. Następnie poszli  sami się umyć i ubrać, żeby zrobić niespodziankę rodzicom. Kiedy słońce pokazało się na horyzoncie, a kogut zapiał, oznajmiając początek nowego dnia, dzieci czekały już na rodziców w jadalni.
          Mama wstała pierwsza. Ubrała szlafrok i poszła obudzić dzieci. Nie znalazła ich jednak w swoich łóżkach. Przestraszyła się i pobiegła obudzić Tatę.
– Wstawaj kochanie, natychmiast, nasze dzieci zniknęły! – oznajmiła zdenerwowana.
Tata wyrwany z mocnego snu, najpierw nie zrozumiał co mama do niego mówi, jednak jak tylko mózg się włączył i przetworzył usłyszane informacje, zerwał się na równe nogi i pobiegł przeszukiwać cały dom. Długo mu to nie zajęło. Już w drugim pomieszczeniu spotkał dzieci czekające przy stole.
– Kochanie, znalazłem ich. Nie uwierzysz jak to zobaczysz. – krzyknął do mamy
Mama wbiegła do salonu i….faktycznie…odebrało jej mowę.
– Mamo, Tato chcieliśmy, żebyście trochę pospali, dlatego tym razem my sami postanowiliśmy przygotować śniadanie – powiedzieli razem Tymek i Zosia
– Kochane moje, dziękujemy. Jest to na prawdę wielka niespodzianka i miło nam, ale niestety nie unikniecie dzisiaj rozmowy na temat tego co się stało wczoraj. Jednak może to poczekać, aż wszyscy zjemy. Tak ładnie przygotowane śniadanie nie może się przecież zmarnować – powiedziała mama.
          Kiedy wszyscy mięli już pełne brzuchy, dzieci od razu wszystko posprzątały i usiadły na kanapie w oczekiwaniu na nieuniknione. Mama z Tatą usiedli na przeciwko nich i zaczęli mówić:
– Słuchajcie, przede wszystkim cieszymy się, że nic się wam wczoraj nie stało. Jednak postąpiliście nieodpowiedzialnie okłamując nas przez kilka dni, kiedy chodziliście w jedno z nielicznych miejsc, do którego chodzić sami nie mogliście. Całe miasteczko bylo do zabawy, a Wy wykorzystaliście czas, kiedy byliśmy rozkojarzeni przygotowaniami do festynu, żeby wymykać się w miejsce niedozwolone. Powinniście otrzymać szlaban na miesiąc, a podczas dzisiejszego festynu i fajerwerków zostać w domu za karę. – oznajmili rodzice
– Ale mamo, to nie nasza wina, że…- chóralnie krzyknęło rodzeństwo
– Jeszcze nie skończyliśmy mówić – przerwał dzieciom Tata
– Powinniście dostać karę, jednak biorąc pod uwagę okoliczności i to co nam opowiedział Stary Fryderyk, postanowiliśmy  wszystko jeszcze raz dokładnie przemyśleć. Wujaszek obserwował was od kilku dni. To na niego, pewnego dnia szczekał Banki, ale wy nie wiedzieliście o co robi ten hałas. Opiekuje się on Magicznym Drzewem odkąd żyje i dzięki temu widział dokładnie co tam się stało po przyjeździe drwali. Powiedział nam, że wykazaliście się troskliwością i wrażliwością opiekując się pisklętami. Do tego, dzięki waszej odwadze, szybkiej reakcji i umiejętności poradzenia sobie z zagrożeniem, pokazaliście, że jesteście odpowiedzialni i umiecie walczyć o to na czym wam zależy. Nie wspomnę już o tym, że Zosia jako starsza siostra, cały czas miała na uwadze bezpieczeństwo Tymka. Dlatego tym razem, postanowiliśmy  z Tatą…że odpuścimy Wam karę…
Dzieci spojrzały na siebie zdumione.
– …ale musicie nam obiecać, że już nigdy, przenigdy nas nie okłamiecie! Lepiej brzydka prawda… – powiedziała mama i urwała na koniec, bo dzieci głośno i wyraźnie zakończyły jej zdanie słowami:
– …niż ładne kłamstwo. Wiemy. Przepraszamy! To już się więcej nie powtórzy, obiecujemy. Czy to znaczy, że możemy iść zobaczyć fajerwerki?
– Napracowaliśmy się przy tym z mamą więc, żal by było jakbyście nie mogli ich zobaczyć. Idźcie zobaczyć jak ładnie wygląda nasze miasteczko, kupcie coś dobrego do jedzenia na straganach i spotykamy się równo o 21:00 na głównym placu. – odpowiedział Tata.
– HURRAA, będziemy na czas, dziękujemy!. – krzyknęło rodzeństwo i wybiegło co sił w nogach przez frontowe drzwi.
 
          Zaraz po śniadaniu, całe miasteczko ożyło. Ludzie przyszli na plac centralny aby, wypróbować lokalnych wyrobów, które można było dostać na straganach – a było w czym wybierać. Można było napić się orzeźwiającej lemoniady, z prawdziwych cytryn, przygotowanej przez dzieci z jedynej w miasteczku szkoły. Można było zjeść lokalne sery i twarogi czy pachnące jeszcze dymem, wędzone wędliny. Nie zabrakło też miodów od hodowanych w miasteczku pszczół oraz konfitur przygotowanych dzięki niezawodnym, sprawdzonym babcinym przepisom.  Przede wszystkim, mieszkańcy przyszli tu dzisiaj, aby tańczyć, śpiewać i dobrze się bawić. Punktualnie o 21:00 rodzice Zosi i Tymka zaprosili mieszkańców przez megafon, aby zebrali się w jednymi miejscu na pokaz fajerwerków. Strumień kolorów jaki wyleciał w niebo był oszałamiający. Fajerwerki były żółte, niebieskie, zielone, purpurowe, w kształcie parasola, komety i wiele wiele innych. Grała do tego muzyka, która była zsynchronizowana z wystrzałami. Wszyscy byli zachwyceni. Wystrzały jeszcze się nie skończyły – było dopiero w połowie jak oznajmił przez megafon organizator – kiedy Zosia wypatrzyła w tłumie Starego Wujaszka, który zaczął oddalać się od zebranych na placu ludzi i kierował się w kierunku swojego domu.
– Tymek, bierz Bankiego, latarkę i idziemy za Fryderykiem, czuję że coś się święci – powiedziała Zosia ciągnąc brata za koszulkę.
– Na pewno tego pożałujemy, jak rodzice się dowiedzą, że znów oddalamy się od miasteczka bez ich zgody. – wydusił przez zęby Tymek.
– Rodzice są zajęci odpalaniem fajerwerków, wrócimy zanim skończą, no chodź wreszcie bo go zgubimy.
Fryderyk kierował się jednak nie do swojego domu, lecz do Magicznego drzewa. Wiedział, że dzieci idą zanim, ale udawał, że nie widzi światła latarki ani nie słyszy szeptów z oddali. Kiedy doszedł na miejsce, postawił coś przed wejściem do pnia, a sam wszedł do środka. Rodzeństwo rozglądało się dokładnie, jednak gdy wyszli poza oświetlone ulice miasta trudno było cokolwiek dostrzec w ciemności, nawet latarka nie pomagała, więc w końcu, w polu zboża, zgubili Wujaszka z oczu. Doszli ostrożnie i w największej ciszy do drzewa. Zauważyli, że wejście zniknęło, a Fryderyka nigdzie nie było. W miejscu gdzie wcześniej wchodzili do środka stało małe, złote pudełko z odręcznie napisaną kartką na górze: „Dla Zosi i Tymka”. Otworzyli je z wielkim przejęciem, a w nim znaleźli małą czarną kulkę, wielkości mandarynki, mapę Kruchego Ciasteczka i najbliższych okolic, kompas oraz dwa listy opisane tak: „Opiekunowie Magicznego Drzewa” oraz „Historia Fryderyka”. Zosia szybko rozdarła kopertę pierwszego listu i zaczęła czytać:
 
Kruche Ciasteczko 1990r
 
Moi drodzy Zosiu i Tymku,
 
          Wykazaliście się wielką odwagą w ochronie drzewa. Zaimponowaliście mi. Dziękuję. 
          Byłem opiekunem tego miejsca od dokładnie dwustu lat. Dzisiaj  mam urodziny, dokładnie w sto pięćdziesiąte urodziny naszego miasteczka. Wiem, wiem ludzie przecież nie mogą żyć tak długo, ale wszystkiego dowiecie się z drugiego listu. Długo szukałem odpowiednich osób do przekazania im tajemnicy Magicznego Drzewa i w końcu po tak długim czasie znalazłem…Was.
          Przede wszystkim, nie możecie pozwolić aby ktokolwiek ściął to drzewo. Dopóki ono tu stoi, cała okolica będzie miała pełno zboża na chleb, czystą wodę w studniach oraz tyle drewna w pobliskich lasach ile tylko potrzeba, a mieszkańcy będą żyli w spokoju, dostatku i szczęściu.
          Dodatkowo, doglądajcie naszych małych ptaszków. Zapamiętajcie, że nawet tak małe, szare Pospolitki Zwyczajne mogą przerodzić się w przepiękne, potrzebne i niezastąpione istoty, które pomogą Wam w trudnych chwilach.
          Żałuję tylko, że nie mogliśmy się lepiej poznać. Nie szukajcie mnie proszę. Mój czas tutaj dobiegł już końca. Życzę Wam długiego, owocnego, pełnego przygód życia.
 
Z serdecznymi pozdrowieniami
Fryderyk
 
Oczy rodzeństwa, aż błyszczały z przejęcia i ekscytacji. Zosia od razu otworzyła drugi list.
 
Kruche Ciasteczko 1990r.
 
Moja opowieść, zaczyna się wiele lat temu…
 
…ale to już zupełnie inna historia.
 

KONIEC

1. Wymień po imieniu chociaż dwóch głównych bohaterów.
2. Jak nazywa się miasto, w którym mieszka Stary Wujaszek Fryderyk
3. Do jakich dwóch miejsc dzieci nie mogły same chodzić?
4. Czego brakuje na poniższej mapie?
5. Jak myślisz, który dom należy do Tymka i Zosi?
 
 
 
 

Zapisz na dysku i wydrukuj obrazek. Następnie weź kredki albo pisaki i go pokoloruj. Będzie mu smutno jak tego nie zrobisz 🙂

(dlatego obrazki są czarno-białe w każdej bajce)

Jeśli dodatkowo, wyślesz pokolorowany obrazek na adres info@bajkowytata.com umieszczę go na mojej fejsbukowej ścianie z Twoim imieniem 🙂