(0-7 lat) List, który zaginął wiele lat temu, Mikołaj na diecie i tajemnicza uliczka na Starym Mieście. Ta bajka przyniesie Wam wiele uśmiechu i radości. Czego więcej chcieć na Święta! Opowiadanie opisuje drogę pewnego listu, który zagubił się w drodze do Gwiazdora. Historia dla dzieci o tym, że jeszcze nic straconego jeśli pod choinkę nie dostaniemy upragnionego prezentu.

 

Aby pobrać audiobook za darmo wejdź TUTAJ

 

W starej kamienicy na ulicy Młyńskiej 12 mieszkał Pan Zygmunt. Był on już leciwym staruszkiem. W ostatnie urodziny, które wypadają dwudziestego czwartego grudnia, naliczył u siebie osiemdziesiąt pięć wiosen. Wolał liczyć swój wiek w wiosnach właśnie bo kojarzyło mu się to z czymś pozytywnym, zamiast zamartwiać się że ma tyle i tyle lat, a każdy kolejny rok przysparza mu kolejnych zmarszczek. Wiosna to przecież początek cyklu życia, jest to coś pozytywnego, nieprawdaż!? Całe swoje życie mieszkał w tym trzy pokojowym mieszkaniu na drugim piętrze. Najpierw z rodzicami, a później z jedyną siostrą Heleną, która wiele lat temu wyjechała za wielki ocean, aby zwiedzać dalekie kraje. Nie miał dzieci, niestety. Jakoś się nie ułożyło – powiadał. Nie był jednak samotny. Każdy kolejny dzień spędzał se swoim kotem Błyskawicą na wygodnym fotelu z welurowego, czekoladowego materiału. Zygmunt czytał książki, których tyle przez lata się nazbierało, że zajmowały już jeden z przestronnych pokoi, a Błyskawica ogrzewała go siedząc na kolanach lub na oparciu fotela, cichutko pomrukując. Dodatkowo dwa dni w tygodniu Zygmunt zastępował dozorcę budynku kiedy ten musiał załatwić pilne sprawy na mieście. Poza tym wybierał się codziennie na spacer do okolicznej piekarni czy osiedlowych sklepików. Z racji pełnionej dwa dni w tygodniu funkcji dozorcy, znali go wszyscy okoliczni sąsiedzi więc przy każdym spacerze było z kim porozmawiać czy napić się kawy. Zawsze potrafił znaleźć sobie jakieś interesujące zajęcie, dzięki czemu nie doskwierała mu nuda i samotność. Tylko w okresie Świąt Bożego Narodzenia stawał się przybity i smutny. Nie miał już nikogo z kim mógłby spędzać święta poza Błyskawicą. Listów do Świętego Mikołaja również nie pisał od lat. Na dodatek Święta to również czas jego urodzin. Dlatego żeby ten czas jakoś przetrwać, sam przygotowywał  dla siebie co roku dwa prezenty zawinięte w świąteczny i urodzinowy papier. Jeden kładł pod małą, kolorowo ozdobioną choinką a drugi wysyłał do siebie pocztą, tydzień wcześniej. Dzisiaj przyszedł właśnie czas na wybór prezentów. Do Świąt zostało już tylko dziesięć dni. Włożył zatem ciepły beżowy, trochę znoszony już kożuch i wyszedł z mieszkania, nie zapominając przy tym, aby Błyskawicy zostawić odpowiednią ilość karmy w jej ulubionej, poniszczonej już trochę, czerwonej miseczce.

Tymczasem, na mroźnym i śnieżnym biegunie Mikołaj parkował właśnie swe wielkie, czerwone sanie przy ulubionej kawiarni w centrum miasteczka. Czekał tam na niego biały, solidny stół z drzewa, którego gatunek rośnie tylko na biegunie. Nosi ono nazwę Dąb Polarny. Nie posiada liści, tylko małe, blado-różowe sople wystające z gałęzi. Jako jedyne odporne jest na mrozy sięgające tu nawet do minus stu stopni celcjusza. Udaje mu się to dzięki magicznym korzeniom. W przypadku spadku temperatury wrastają one w głąb naszej planety. Im bardziej zbliżają się do jądra Ziemi tym więcej ciepła mogą przekazać na powierzchnię. Dzięki czemu drewno nie zamarza i nadaje się później do wykorzystania na meble lub do budowy elfickich i krasnoludzkich chatek. Mikołaj skinął tylko głową na  wysokiego elfa stojącego za ladą po czym udał się na swoje zwyczajowe miejsce. Zwykłe, drewniane, niewygodne krzesło zamienił sobie już dawno na komfortowy fotel. Wykonał go dla niego najlepszy stolarz w okolicy. Drewno również pochodziło z Dębu Polarnego, ponieważ było jedynym materiałem do budowy na biegunie. Obszycie jednak, to najwyższej jakości sztuczna skóra, wypełniona po brzegi wygodną, elastyczną pianką. Dzięki takiemu wypełnieniu, długie godziny jakie spędzał Mikołaj podczas odpisywania na listy, nie przysparzały mu bólu pleców i innych niżej położonych i wrażliwych części ciała. Na stoliku czekała już na niego sterta listów od dzieci, pióro z atramentem oraz ozdobna papeteria. Po chwili do stolika podszedł wspomniany wcześniej elf, niosąc wielką tacę z jakimiś smakołykami.

– Pani Mikołajowa wspominała mi ostatnio, że jesteś na diecie Mikołaju, dlatego przygotowałem tym razem odtłuszczone mleko i dietetyczne bułeczki cynamonowe – odezwał się z uśmiechem elf zdejmując talerze z tacy.

Mikołaj wzdrygnął się na widok przyniesionych przekąsek. Mimo, że wyglądały tak samo jak te z przed diety to spodziewał się okropnego smaku. Jakież było jego zdziwienie kiedy wziął pierwszy kęs…

 

Pan Zygmunt spacerował powolutku po zatłoczonych ulicach starówki w poszukiwaniu prezentu dla siebie. Obserwował jednocześnie ludzi, którzy zabiegani, w pogoni za prezentami, mijali go tylko pospiesznie. Wszyscy obładowani kolorowymi torbami, ozdobami i choinkami, potykali się w biegu o kupki śniegu zalegające na chodnikach i o siebie nawzajem. Pan Zygmunt sam nie raz dostał kuksańca w ramię czy inną części ciała od zabieganych przechodniów. Nauczony wcześniejszymi, bolesnymi doświadczeniami starał się trzymać z dala od najbardziej obleganych sklepów. Kiedy byłem dzieckiem wszystko było jakieś takie spokojniejsze – pomyślał. Ludzie cieszyli się samym czasem jaki mogą spędzić razem, wspólnymi wyprawami po choinkę czy własnoręcznie wykonywanymi prezentami przy rodzinnym stole. Rodzice zabierali dzieci do kościoła, aby dowiedziały się o co tak na prawdę chodzi w świętach Bożego Narodzenia, a nie do galerii handlowych.  Teraz, patrząc na zabieganych przechodniów, chodzi już chyba tylko o to kto dostanie droższy prezent i zje więcej uszek podczas Wigilii, żeby móc potem pochwalić się znajomym – pomyślał Pan Zygmunt ponownie i posmutniał jeszcze bardziej. Stwierdził, że potrzebuje w tym roku jedynie dwóch rzeczy. Nowej książki i młynka do kawy, który rozpadł się na kawałki dwa dni temu podczas przygotowywania śniadania. Udał się więc na jedną z mniej zatłoczonych uliczek. Znajdowała się ona na końcu starówki. Wejście w nią nie było szczególnie oznaczone. Było to między dwoma masywnymi, starymi kamienicami. Jednak kto dobrze znał znajdujące się tam sklepy, trafiał tu bez trudu. Pan Zygmunt, sam natrafił na to miejsce przypadkiem, kilka lat temu, kiedy podczas jednego ze swoich spacerów chciał poznać wszystkie zakamarki Starego Miasta. Uliczka ta nazywała się Staromiejska i dawała adres trzem niezwykle interesującym sklepikom. Pierwszym była księgarnia, która mieściła się tam od ponad pięćdziesięciu lat i nadal oprawiała książki ręcznie przy użyciu specjalnych nici i igieł a nie tylko kleju jak w dzisiejszych czasach. Drugim była kawiarnia, w której parzono kawę starodawną, tradycyjną recepturą, oraz sprzedawano niezbędne akcesoria do parzenia kawy w domu. Trzecim miejscem, był sklep zoologiczny, który powstał tu dosłownie kilka lat temu, ale szybko zyskał popularność sprzedając tylko naturalne karmy, a zabawki były tak oryginalne, że nie można było podobnych kupić nigdzie indziej. Pan Zygmunt wszedł do księgarni i udał się od razu do małego, kwadratowego pomieszczenia, na prawo od wejścia, w którym można było wybrać i kupić książki, niespotykane w innych sieciowych i popularnych księgarniach. W pokoju panował pół mrok. W powietrzu wyczuwało się połączenie zapachu starych skór z których robione były okładki i jemioły podwieszonej pod sufitem z okazji zbliżających się świąt. Jedynie małe lampki z pomarańczowymi kloszami, tliły się delikatnie na kilku stolikach, tworząc niesamowitą, ciepłą, przytulną atmosferę. Sprawiała ona, że chciało się tylko usiąść wygodnie i zagłębić w lekturze. Tylko przy półkach i  dużych wygodnych fotelach znajdowały się mocniejsze żarówki ułatwiające czytanie. Pan Zygmunt wybrał kilka tytułów po czym usiadł wygodnie na specjalnie przygotowanych fotelach dla klientów, aby poczytać ich opis i recenzje. Wybrawszy odpowiedni tytuł udał się do kasy, zapłacił i wyszedł. Następnie poszedł po ręczny, drewniany młynek do kawy, który kupił w kawiarni na przeciwko oraz po nową miskę dla Błyskawicy ze sklepu zoologicznego. Wybór książek zajął mu więcej czasu niż planował. Na ulicach było już mniej tłoczno a zamiast słońca tliły się nad głowami uliczne latarnie i szeregi lampek w witrynach sklepowych. Był już zmęczony, ale jednocześnie cieszył się, że nie musi znów przeciskać się przez tłumy zabieganych ludzi. Zdążył jeszcze w drodze do domu wysłać swój świąteczny prezent – młynek do kawy, zawinięty w szary, pocztowy papier i kupić mały pumpernikiel na kolację. Gdy wszedł do domu Błyskawica od razu znalazła się u jego zziębniętych stóp. Usiedli razem na fotelu, zjedli kolację i oboje usnęli czytając książkę o historii Bożego Narodzenia.

Mikołaj kończył właśnie drugą, dietetyczną, nawet smaczną cynamonową bułeczkę. Po lewej stronie ułożył stosik przeczytanych już listów. Po prawej, miał mniej więcej tej samej wysokości stosik listów, z którymi należało się jeszcze dzisiaj zapoznać. Ledwo chwycił grube ucho swojej czerwonej filiżanki z ulubionym kakao – bez bitej śmietany zgodnie z zaleceniami Pani Mikołajowej oczywiście – gdy nagle, stare drewniane okno przy którym siedział, otworzyło się z całą siłą. Mocny wiatr ze świerzym śniegiem trafił w Mikołaja niczym kula armatnia. Święty zdołał utrzymać się w fotelu jednak wszędzie w okół latały już wszystkie listy, posegregowane wcześniej w nienaganne kupki, niczym tornado. Elf stojący za barem rzucił się w jednej chwili do okna niczym żaba na muchę. Zamknął je na cztery spusty i stęknął głośno patrząc na powstały w kilka chwil bałagan.

– Już w zeszłym roku mieliśmy wymienić okna w całej kawiarni – mówi zdyszany elf – ale zawsze były jakieś pilniejsze potrzeby.

– Zajmiemy się tym razem zaraz po Świętach – odpowiedział Mikołaj – pomóż mi tylko teraz posegregować ponownie te listy bo dzień chyli się ku obiadowi a troche czytania jeszcze przede mną.

Elf zbierając zewsząd  listy zwrócił uwagę, że w najdalszym rogu kawiarni, w szczelinie między dwoma ścianami, wystaje jeszcze jeden. Podszedł więc w to miejsce, wcisnął się zwinnie pod stół i wyciągnął delikatnie ów list. Wyróżniał się on znacznie od innych. Jego koperta była pożółkła a papier widocznie postrzępiony  z lekkimi przerwaniami w niektórych miejscach. Nie możliwe, żeby list tak się zmienił przez zwykły podmuch wiatru – pomyślał.

– Zobacz na ten list Mikołaju. Nie przypominam sobie żebym go widział wcześniej na którymś ze stosików, które tu przed chwilą miałeś.

– Faktycznie. To bardzo interesujące. – odrzekł Święty i od razu zabrał się za otwieranie starej koperty.

W środku znajdowała się równie stara i postrzępiona kartka papieru. Widniała na niej data z przed prawie osiemdziesięciu lat. List został napisany przez małe dziecko sądząc po charakterze pisma. Treść była następująca:

 

Warszawa 12 grudnia 1937r.

 

Drogi Święty Mikołaju,

Mam na imię Zygmunt i mam 9 lat. Trzy lata temu nauczyłem się pisać i od tamtego czasu co roku, przed Świętami, wysyłałem do Ciebie własnoręcznie napisany list. Zaklejałem kopertę sam, naklejałem znaczek i dokładnie, wyraźnie, drukowanymi literami pisałem na kopercie adres. Adres mam na pewno dobry bo pytałem wszystkich kolegów w szkole czy wysyłają swoje listy w to samo miejsce. Następnie dawałem list rodzicom, żeby zanieśli go na pocztę bo sam, bez opieki, nie mogłem jeszcze wychodzić z domu. Rodzice zapewniali mnie zawsze, że list został wysłany. Tak samo Pani na poczcie, którą ostatnio o to zapytałem. Zdziwiona była, że o to pytam, ale po chwili zdenerwowania potwierdziła wysłanie wszystkich listów. Niestety, pod choinką nigdy nie znalazłem choć jednej rzeczy o która Cię prosiłem. Nic się nigdy nie zgadzało. Chciałem w pierwszym roku rowerek, dostałem kapcie. W kolejnym roku chciałem dużego pluszowego misia, dostałem hula-hop. W ostatnim roku prosiłem o braciszka z którym mógłbym się bawić, a urodziła mi się siostra. Nie wiem dlaczego robisz mi na złość. Może po prostu moje listy do Ciebie nie dochodzą albo zwyczajnie mnie nie lubisz. Nie ważne. Pisze teraz ten list żeby Ci powiedzieć, że nigdy, przenigdy nie otrzymasz ode mnie kolejnego. Może Ty tak na prawdę nie istniejesz i tylko koledzy robią sobie ze mnie żarty?! 

Żegnam,

Zygmunt

Mikołaj wybałuszył oczy ze zdziwienia. Nigdy wcześniej nie otrzymał takiego listu. Zawsze starał się aby zadowolić każde dziecko, nie ważne jak dziwaczna byłaby prośba w otrzymanym liście.

– Masz, przeczytaj. – drżąca z nerwów ręką podał list elfowi.

Elfowi opadła szczęka z wrażenia.

– Ale jak to w ogóle możliwe?! – wyszeptał trochę do siebie elf – przecież nasz system pocztowy jest bez zarzutu. Przez setki lat nie zgubiliśmy żadnego listu. Nie otrzymaliśmy żadnej skargi. To nie możliwe. I co z tym teraz zrobimy Mikołaju?!

Mikołaj nic nie odpowiedział tylko zmrużył oczy, pogładził się po śnieżnobiałej brodzie i zagłębił w wielki skórzany fotel.

25 grudnia, szósta rano. W domu Zygmunta panował chłód. Wyłączał on na noc ogrzewanie, żeby spało się milej, i zawsze chwilę to trwało zanim całe mieszkanie osiągnęło przyzwoitą, przyjemną temperaturę. Po włączeniu ogrzewania Zygmunt wracał zwykle na kilka chwil do łóżka, pod ciepłą, pierzastą kołdrę, którą dodatkowo ocieplała Błyskawica leżąc na samym środku jak królowa. Gdy już poza pierzyną można było wystawić ciało bez ryzyka zamarznięcia, oboje wstali i udali się na śniadanie do kuchni. Żeby tam dotrzeć musieli przejść obok salonu, w którym stała choinka. Gdy zaspany jeszcze Zygmunt mijał właśnie to miejsce spojrzał na choinkę i zamarł. W miejscu przy choince, w którym powinien stać tylko młynek do kawy, zawinięty w świąteczny papier, który sam kilka dni temu kupił, stały cztery wielkie, czerwone kartony z zielonymi wstążkami. Zygmunt wszedł do pokoju, ciągle zastanawiając się czy aby jeszcze nie śpi a to jest tylko piękny wytwór jego śpiącej wyobraźni. Przed kartonem, który stał najdalej od choinki, a najbliżej drzwi wejściowych. stała koperta na której było imię gospodarza. Zygmunt czym prędzej otworzył list i zaczął czytać:

 

Biegun Północny 24 grudnia 2017r.

 

Drogi Zygmuncie,

Na początku muszę Cie ogromnie przeprosić. Sytuacja, która zaistniała jest dla nas niespotykana i nie zdarzyła się jeszcze nigdy wcześniej. Po dokładnym przeszukaniu naszej sortowni i centrum pocztowego, odnaleźliśmy w zakamarkach wszystkie Twoje listy. Przez nasze potworne niedopatrzenie zawiodłem Twoje zaufanie wielokrotnie. W ramach przeprosin i rekompensaty za smutki w dzieciństwie przesyłam Ci wszystkie prezenty o które wtedy prosiłeś i coś ponad to, za te wszystkie stracone lata w których nie pisałeś już do mnie listów z oczywistych przyczyn. Mam nadzieję, że mi kiedyś wybaczysz. 

 

Z gorącymi pozdrowieniami,

Święty Mikołaj

PS. Prezenty musiałem trochę uaktualnić z racji Twojego wieku. Mam nadzieje, że nie będziesz miał mi tego za złe. 

PS. 2 Niestety nie mogłem wyprodukować dla Ciebie braciszka, ale mam coś w zamian. 

Zygmunt odłożył list ciągle nie wierząc w to co się dzieje. Błyskawica już dobierała się ostrymi pazurami do jednego ze środkowych kartonów. Otworzyli go więc jako pierwszy. Znajdował się tam wielki, beżowo-brązowy drapak dla kotów. W następnym kartonie znaleźli czerwony rower. Nie dziecięcy rowerek, ale duży, solidny rower dla dorosłego. W kolejnym pudle był wielki pluszowy miś, który okazał się być ciepła, otulającą całe ciało piżamą dla Zygmunta. W przed ostatnim pudle znalazły unikalne, nie spotykane w żadnej księgarni książki. Po jednej za każdy rok, w którym Zygmunt nie wysyłał już listów do Mikołaja. Ostatnie pudełeczko, wyglądało jak tekturowa koperta. W środku znajdowała się mapa z zaznaczoną trasą od mieszkania Zygmunta do lotniska, sto złotych, krówki ciągutki, które tak uwielbiał i kartka z dzisiejszą datą i godziną 16:05. Na drugiej stronie kartki widniała odręcznie napisana notatka:

 

Zamiast braciszka, skontaktowałem się z Twoją dawno nie widzianą siostrą. Kupiłem jej bilet na samolot i jest już w drodze tylko musisz wyjechać po nią na lotnisko. Załączam też pieniądze, abyś wziął taksówkę bo podobno wraca ona już na stałe do Polski i będzie miała ze sobą mnóstwo bagażu. 

M

Zygmunt uszczypnął się w rękę. Kiedy poczuł przenikliwy ból zrozumiał, że to wszystko dzieje się na prawdę. Święty Mikołaj na prawdę istnieje i czyta wszystkie listy!!! – pomyślał ze łzami szczęścia w oczach. Zapominając o śniadaniu pognał do pokoju, w którym znajdowało się składowisko jego książek i zaczął go przygotowywać na przyjazd swojej dawno niewidzianej siostry.

 

Zapisz na dysku i wydrukuj obrazek. Następnie weź kredki albo pisaki i go pokoloruj. Będzie mu smutno jak tego nie zrobisz 🙂

(dlatego obrazki są czarno-białe w każdej bajce)

Jeśli dodatkowo, wyślesz pokolorowany obrazek na adres info@bajkowytata.com umieszczę go na mojej fejsbukowej ścianie z Twoim imieniem 🙂

Leave your comment